środa, 6 maja 2015

Duda Gracz...

Niedawno i niespodziewanie dostałem "do rąk" ciekawy tekst nieżyjącego
 już niestety, rodzimego artysty przez duże "A " - Jerzego Dudy Gracza, 
i z miejsca postanowiłem go opublikować.
Jest to wypowiedź Dudy Gracza o sobie, ale i o sztuce mu współczesnej 
a choć bywa ona miejscami kontrowersyjna, uznałem, że warto ten tekst opublikować
choćby poglądowo - w temacie autorskiej wizji ( Dudy Gracza ) świata sztuki Polskiej pewnego okresu.


Jerzy Duda-Gracz:

"O SZTUCE POLSKIEJ... I WŁASNYCH OBRAZACH
Bardzo dawno temu, bo gdzieś od 1980 roku, nie byłem w Bydgoszczy, ale ubiegłoroczne spotkanie autorskie w szkole plastycznej w Ostromecku przypomniało mi przyjazne postacie środowiska bydgoskiego w osobach artystów: Andrzeja Nowackiego i Michała Kubiaka oraz krytyka sztuki Marcelego Bacciarellego.
Jednocześnie uświadomiłem sobie, że właściwie nie wiem, jak to się stało, iż upłynęło piętnaście lat których prawie nie zauważyliśmy, a już trzeba łatać dziury w pamięci, spierać o fakty i przypominać sobie siebie, obrazy i recenzje.
Chociaż jesteśmy z jednego pokolenia i jeszcze najzupełniej żywi, to jednak czujemy się skłonni do reanimacji wspomnień i udziału w okolicznościowej bitwie o przetrwanie w pamięci.
Czy to kwestia upływu czasu? Przynależności do epoki PRL-u? Czy też jesteśmy mamutami, płytko, ale już przysypanymi pierwszą warstwą zapomnienia? Czy może jesteśmy niepotrzebni współczesnej sztuce, a wszystko to, co robimy, nie ma żadnego sensu? Czy to kwestia transformacji ustrojowo-politycznej, czy skutki permanentnej rewolucji artystycznej i dyskwalifikacji odrębnie myślących?
Oczywiście, koszmar lat 80. i zatrucie się polityką przez środowiska artystyczne – to jedno. Nowa rzeczywistość pomieszanych wartości dzisiejszej Polski, gdzie artysta mniej znaczy niż były konik spod Pewexu zwany biznesmenem, niż byle cipcia z wyborów Miss lub słodki kretyn z telewizji – to drugie. Mało się o nas mówi i pisze, słabo dopieszcza, nie wspiera, nie jesteśmy temu Państwu za bardzo potrzebni – to trzecie.
Nie żalę się za siebie, nie czuję się frustratem. Popularność mam po dziurki w nosie. Myślę tylko głośno o generalnym przewartościowaniu i o tym, że ani się obejrzeliśmy, a już prawie jesteśmy podbitą kolonią kulturową, do której zsypuje się i eksportuje śmieci cywilizacyjne ze świata.
Stajemy się właściwie pokornymi konsumentami obcych mód, zachowań, języka, obyczajów, reklam – kulturowego imperializmu państw dużych i bogatych, z najukochańszym – amerykańskim mocarstwem świata na czele. Myślę, że to dobrze, iż Tadeusz Kantor tego nie doczekał, bo przecież tak bardzo chciał, tak wykrzykiwał to swoje marzenie (...), żeby (naród, rządzący, władza?) chociaż raz posłuchali artysty, chociaż raz...”
Kochany, Genialny, Naiwny Marzycielu... Niedawno mój uczeń, Leszek Żegalski (Grand Prix – „Arsenalu’88”) napisał list z Niemiec, gdzie mieszka: „Tu się nie liczy Sztuka, tylko geld. I w Polsce zaczyna być tak samo. Niedługo czasy PRL-u w kulturze będziemy wspominać jak Grecy Peryklesa”.
Ale transformacja ustrojowa, zmiany polityczne i cywilizacyjne oraz bezradność wobec wolnorynkowej wolnej amerykanki i agresji kulturowej obcych – to tylko część kwestii. I to mniejsza część, w naszym przypadku. Ta większa część, jak mi się wydaje, wynika z nowej (?) sytuacji w sztuce.
Mimo wyuczonej kindersztuby i tresury przez szkołę i Akademię w duchu otwartości, tolerancji, a nawet zachwytu dla awangardy artystycznej, po upływie ćwierci wieku własnego zawodowego istnienia, czujemy się (napiszę właściwie: czuję się, bo nie wiem, jak wyżej wymienieni to znoszą, mnie nie wypada za bardzo sądzić się na pluralis majestatis), a więc czuję się w środowisku współczesnych artystów jak wspomniany już mamut, eksponat (składowany w piwnicy muzealnej) lub warstwa śmietnikowa.
Rekompensuje mi to Bóg Miłosierny i Los Łaskawy, wierną przez 27 lat publiką, odrobiną popularności, obecnością w mediach i leksykonach, paroma książkami oraz tym, że żyję wraz z rodziną ze sprzedaży obrazów tym wspaniałym ludziom, którzy wolą moją sztukę, a innej nie. Tutaj proszę o wybaczenie mi mojej nieskromnej, lecz uczciwej megalomanii, szczególnie w części dotyczącej forsy.
Na ogół polski artysta jest obłudny i zakłamany jak faryzeusz i chociaż chce żyć ze swojej sztuki, w życiu towarzyskim i publicznym gardzi pieniądzem.
Ja natomiast myślę, że czas dąsów artystycznych na publikę i znieważania jej przez krytyków i twórców, iż jest głupia i nie zna się na sztuce, należy do przeszłości. A dlaczego niby ma się aż znać na sztuce? Z powodu „dziecięcej potrzeby naukowości sztuki?”. Czy ktoś zna się na śpiewie ptaków, fruwaniu motyli, szemraniu strumienia, kołysania pupą lub na udręce i błogości modlitwy? Albo to kocha, albo nie. Jest wrażliwy lub nie jest.
Jako artysta wolę żyć za pieniądze ludzi, którzy chcą mieć moje obrazy, niż w wyniku dysponowania cudzą, społeczną forsą, przez różne jury koleżeńskie, związkowe gremia i zarządy, czy ministerialne zapomogi, stypendia i łaskawości.
Pamiętam też o upływie czasu, o młodych, którzy idą po mnie, w końcu jestem również belfrem, ale nie jest to chyba kwestia zmiany pokoleniowej.
Generalnie chodzi o to, że obecna plastyka takich jak ja (malujących obrazy oparte o warsztat, umiejętności i szacunek dla tradycji, kryteriów i wartości Sztuk Pięknych) skazuje na istnienie właściwie marginesowe lub w ogóle poza swoim obszarem.
Ewangelie głoszone w tym stuleciu przez M. Duchampa i J. Beuysa, że każdy może być artystą i wszystko – dziełem sztuki, są dalej obowiązujące. Dalej wszelka nieudolność, wszelki śmieć i wszelkie nic – bardziej wyraża sens „współczesnej sztuki” niż obraz, grafika, rzeźba będące dziełem talentu, wysiłku, umiejętności, wiedzy, rozumu, pasji, etc.
Ochroniarze”, czyli teoretycy „sztuki nowej” w najlepszym razie piszą i mówią o prawdziwej, normalnej sztuce, że jest komercyjna i tym prostym, i demagogicznym sposobem problem podstawowej klasyfikacji, co jest sztuką dzisiaj, zostaje rozstrzygnięty.
Sytuacja w Polsce jest nawet gorsza niż na świecie, ze względu na wspomnianą już transformację ustrojową, a przede wszystkim z powodu polskiego kompleksu peryferyjności i skłonności do małpiego przedrzeźniania przez artystów tego, co malują i rzeźbią inni oraz z powodu tzw. otwarcia na świat wielu krytyków i obrotnych animatorów sztuki współczesnej, nie potrafiących stworzyć własnych kryteriów, do czego i bezskutecznie namawiał W. Gombrowicz.
(Szczerze mówiąc, nie mam odwagi, powiedzieć tego publicznie, co w tej kwestii myślę, do końca. Zrobię to z całą pewnością w niedalekiej przyszłości, ale przed opublikowaniem, najpierw sobie umrę... teraz próbuję tylko naszkicować to i owo).
Kontynuując, na dowód, że nie jestem gołosłowny, pragnę wskazać takie miejsca, jak Zamek Ujazdowski i Zachęta w Warszawie, BWA w Krakowie i Krzysztofory, czy Triennale Rysunku we Wrocławiu, gdzie właściwie nie ma już rysunku, malarstwa, rzeźby czy grafiki. Na koszt społeczny, czyli również z podatków za moje obrazy, rzesza pań i panów świetnie się bawi w „kreowanie” (?) „sztuki najnowszej”, wydaje bogate katalogi, deprawuje coraz to nowe zastępy skretyniałych, leniwych i bezradnych adeptów sztuki i działa w przekonaniu, że to, co wymyśli i wydłubie z nosa, jest jedyną sztuką, natomiast wszystko to, co jest bodaj odrobinę manualne – sztuką nie jest.
Oczywiście, jeśli wideoklip z kroczem jakiejś paniusi wysikującym z siebie paskudną bryję wraz z laleczką Barbi (Antyciała – Zamek Ujazdowski), oklejanie XIX-wiecznego pięknego wnętrza, skoczem (Zachęta) (wariant dla bogatszych: owinięcie folią budynku Reichstagu), śmieci ułożone przez personel BWA w Krakowie rzeźbiarzowi (?), malowanie sobie ptaszka na biało w Krzysztoforach, gryzmoły i obsesja samo-fotografowania (Triennale Rysunku) – jeśli wszystko to jest traktowane serio, to musi aspirować do rangi sztuki jedynej. W tym momencie samo pojęcie Sztuk Pięknych staje się anachroniczne, godne pogardy, śmieszne, drobnomieszczańskie i komercyjne.
Dlaczego tak się indyczę? Ano dlatego, że jak wspomniałem wyuczono mnie tolerancji i szacunku dla mniejszości artystycznych; dla poszukujących, penetrujących granice sztuki, inaczej myślących etc.
Tymczasem ja sam nie odczuwam tolerancji i jej dobrodziejstw tylko dlatego, że jeszcze maluję, i że maluję tak, jak maluję. Mam wrażenie, że jestem bardziej ciekawostką socjologiczną niż artystą; przedstawicielem gatunku podczłowieka na obszarze sztuki współczesnej.
Niedawno pewien wygadany szczyl (oczywiście manualny analfabeta) uzbrojony w dyplom ASP – uznał wszystkich, cokolwiek nawet malujących, za neandertalczyków, którzy swoje idee muszą wyrażać rękami, za pomocą narzędzi. On nie. On „rzeźbi w wyobraźni”. Rzecz jasna, to nie szczyla wina, ale wina panów profesorów, którzy dyplomują szczyli – analfabetów za to, że zechcieli zaludnić im pracownie. Wina krytyków, którzy promują i popierają (nie na swoją odpowiedzialność materialną) wszelkie instalacje i dewiacje po to, żeby się dowartościować, poczuć na sobie powiew Europy i dreszcz kontaktu ze sztuką świata. To wina wreszcie większości środowiska; artystów, którzy w prywatnych rozmowach przy wódeczce jęczą, że się nimi pomiata, ale publicznie stoją na wernisażach, podczas akcji, działań i happeningów i kulturalnie kiwają głowami, marszczą czoła, skubią brody, kiedy jedna kretynka fajda z drabiny na zdjęcie matki, a druga wypycha zwierzęta.
Nie mam nic przeciwko temu gabinetowi okropności, pod jednym wszakże warunkiem, żeby to wszystko nie działo się na obszarze sztuki. Niech sobie będzie chałupnictwem intelektu, rękodziełem lub robótkami ręcznymi dla umysłowych majsterkowiczów, lub usługami kanalizacyjnymi dla ducha i niech to będzie wszystkim czym chce...
Ale sztukę trzeba wreszcie zostawić w spokoju, nie troszcząc się o to, że się nie będzie rozwijać. Ona się rozwija, tylko ruchem spiralnym, czyli wzwyż, a nie ruchem liniowym w przód. Jedne zjawiska następują po poprzednich w tych samych punktach, lecz na różnych poziomach. To samo drzewo i ten sam człowiek, w Fajum, Średniowieczu, Baroku, Szkole Barbizońskiej u Wyspiańskiego i Starowieyskiego, wyglądają w każdym czasie inaczej. I tak jest, odkąd człowiek zszedł z drzewa. I tak będzie dopóki tam nie wróci, co jest możliwe, jeśli będzie taki postępowy.
Tymczasem rewolucyjna, bolszewicka awangarda (tak mi się zdaje i z tą myślą się z Państwem dzielę), która zatriumfowała w latach 20 naszego wieku będąc kontynuatorką rewolucyjnych idei marksizmu-leninizmu, mimo klęski socjalizmu w życiu narodów, rozpanoszyła się na obszarze sztuki. Wskrzeszana i animowana wciąż na nowo, za duże pieniądze, stała się swoistym stylem totalitarnym w Europie i na świecie.
Niechże się Państwo łaskawie rozejrzą, od Ameryki do Azji praktycznie nie do rozróżnienia są jakiekolwiek odrębności narodowe czy kulturowe. „Sztuka Wiodąca”, awangardowa właśnie (dlatego Tadeusz Kantor tak się odcinał od awangardy, ze swoim Wielopolem i Umarłą klasą, bo był odrębnie polskim artystą) charakteryzuje się swoistą „urawniłowką”, internacjonalistyczną wspólnotą formy. Takiej samej w wydaniu artysty polskiego, amerykańskiego, ruskiego czy pruskiego. Prawie wszystko to, co dzisiaj jest oficjalną, państwową (finansowaną przez państwo) popieraną „sztuką postępową” ma swój rewolucyjny, internacjonalistyczny, antynarodowy charakter, niezależnie od ustroju politycznego państwa.
Wiem oczywiście, jak nierozważne i nieroztropne jest mówić głośno takie rzeczy. Doskonale czuję na ustach knebel założony mi przez dobre, cywilizowane, europejskie obyczaje, słyszę epitety: barbarzyńca, głupiec, prostak i cham, który zawadza w marszu do Europy. Wciąż tu, proszę Państwa, w moim wywodzie przewija się wątek polityczny, ale chcemy tego czy nie, te nad bagnem politycznym uniesienia artystyczne są z polityką paralelne i mocno związane.
Nie przypadkiem, największym artystą XX wieku okrzyczany został towarzysz Pablo Picasso, komunista szczery, a nawet jak to wiemy (dzięki uprzejmości CIA) – agent KGB. Myślę w związku z tym, dlaczego od dziecka tyle złego czytałem i słyszałem o nacjonalizmie Matejki, złej adaptacji imprezjonizmu i mętnej symbolice Malczewskiego, fatalnym malarstwie Rodziny Kossaków, tanim sentymentalizmie Chełmońskiego, a nigdy, ani razu o całej twórczości Picassa; od okresu błękitnego, aż do śmierci – nie usłyszałem jednego złego słowa? Nie słyszałem o jego politykierstwie, koniunkturalizmie, zapożyczeniach i kradzieżach artystycznych? Nie czytałem nigdy, że maluje często nieudolne gryzmoły i rysuje jak kura pazurem.
Czy to tylko edukacja PRL-u? Przecież „cały świat”, również niekomunistyczny, widzi jednomyślnie i bezdyskusyjnie tylko geniusz tego towarzysza. Ani jeden krytyk, czy artysta nie jest przeciw? Czy to nie dziwne?
Ano nie, gdyż właśnie Picasso to przykład internacjonalisty; największego w światowym łagrze formy. A ci, których wymieniłem wyżej, to mający własną formę i odrębny wyraz narodowi malarze polscy; gorszy gatunek podludzi artystycznych.
Mimo to uważam, że polscy artyści nie byli i nie są gorsi od „artystów świata”, a dla polskiej sztuki nie ma do tego świata innej przepustki, jak identyfikacja i odrębność narodowa. Gódźmy się na EWG, NATO, struktury europejskie, ale pilnujmy swojej suwerenności kulturowej. Bądźmy jak Japończycy, połykający i adaptujący zdobycze techniczne świata i strzegący jak źrenicy oka swojej tradycji i odrębności kulturowej. Nie ma sztuki świata i sztuki polskiej. Jest sztuka polska i sztuka innych narodów.
Utrata własnej kultury i sztuki, zgoda na wieczny import cudzych wartości, sprowadza nas do roli śmiesznych konsumentów, peryferyjnych „braci odłączonych”. Utrata niepodległości kulturowej, która dzisiaj jest w Polsce bardzo realna, jest gorsza od utraty suwerenności państwowej. Tę państwową można odzyskać (patrz 1918 rok) – kulturowej – nie!
Tylko tam, gdzie jest silna, narodowa, polska identyfikacja (Lutosławski, Penderecki, Górecki, Kantor i jego Wielopole – galicyjska dziura, znana i szanowana na świecie, np. w Centre Pompidou czy Metropolitan; film polski, plakat polski; zespoły „Mazowsze” i „Śląsk”) mogliśmy zyskać sobie prawo obywatelstwa w sztuce świata. W malarstwie – nie! Właśnie z tego tytułu, że od czasów schyłku Akademii Monachijskiej (gdzie polski nurt był odrębny, widoczny i ważny w sztuce europejskiej), po przeorientowaniu się na Paryż, tak naprawdę polska sztuka plastyczna, jakościowo nie gorsza – wlokła się jak uboga krewna w zaprzęgu epigonów i papug sztuki francuskiej, a potem meksykańskiej (Arsenał 1955), angielskiej, amerykańskiej, a nawet (wstyd powiedzieć) – niemieckiej. Obecność na świecie np. Romana Opałki niczego w tym smutnym wizerunku nie zmienia, lecz wynika z faktu, że On żyje tam, a nie tu.
Jeśli nie zdobędziemy się na odrobinę szacunku dla siebie, na chwilę szaleństwa i zachwytu nad polskim malarstwem, na ten luksus artystycznego, narodowego imperializmu w sztuce, wciąż będziemy dzikusami z peryferii Europy i Zadupia świata.
Powinniśmy uwierzyć, że tylko niewielki artystyczny Drang nach Western ( i Osten rzecz jasna) daje nam jakieś szanse, bo z obydwu stron mamy w sąsiedztwie potężne narody które, w przeciwieństwie do nas, nigdy nie wstydziły się siebie i swojej sztuki. Ruskie ikony, a nawet socrealizm sprzedaje się światu jako najlepszą atrakcję, a i wnukowie Adolfa odkurzają swoje zasoby z czasów hitlerowskiego realizmu i dają je ludzkości jak wspaniałą, niezwykłą i odrębną sztukę z własnym, solidnym, szwabskim patentem.
Nad europejskimi głowami polskich artystów podaje sobie właśnie rękę bolszewicka awangarda z Muzeum Puszkina w Moskwie i niemiecka entartete Kunst z Berlinische Galerie i wyobraźcie sobie, że nie zaprosili do tego interesu światowców i awangardy polskiej z Zamku Ujazdowskiego i Zachęty w Warszawie. Może więc pora na jakieś wnioski, Panowie Artyści? Zwłaszcza, że koniec wieku i tysiąclecia tuż, tuż.
Co rzekłszy przepraszam za bardzo nieeleganckie emocje, uniesienia i przechodzę na koniec ad meritum, czyli do paru zdań o własnej twórczości.
Od połowy lat 80., a właściwie od 1982 roku wygasły we mnie skłonności do malowania PRL-owskiej paranoi. Robiłem to bowiem od 1968 roku. Kiedy jednak wraz z „Solidarnością” pojawiła się armia „Odważnych”, „zaangażowanych” i „antykomunistycznych” plastyków, nie widząc wcześniej ich wywrotowych dzieł, ustąpiłem im miejsca, aby się mogli jako neofici zaprezentować: taktownie zrezygnowałem ze wspólnych z nimi wystaw, Skręciłem również z tej „słusznej” i „patriotycznej” drogi z powrotem na moje pobocze i swoją dróżkę artystyczną, z własnymi wątpliwościami, ambiwalencją, dąsami i obrazami.
Pobyt na jasnej Górze w 1982 roku, na plenerze z okazji 600-lecia Obrazu Matki Boskiej, spowodował przewartościowania i zmiany. Zmusił do dokonania kolejnych wyborów, w zgodzie z sobą i przeciw większości. Po pierwsze, pomógł mi zdystansować się od artystycznych neofitów i faryzeuszy, od farbowanych lisów i byłych partyjniaków, którzy z mojego kościoła zrobili sobie oczyszczalnię ścieków, kabaret i cyrk. Z tego kościoła, w którym jako 10-letni obywatel PRL, próbowałem wymodlić wolność dla Ojca i Brata. Kiedy oni budowali Polskę Ludową jako potulni socrealiści, a potem miłą władzy partyjnej, bo bezproblemową, awangardę formy – bez szkodliwej treści, ja się użerałem z cenzurą, tłumaczyłem przed bezpieką za 68 rok i wydaną nielegalnie przeze mnie książkę z wierszami Kulmowej o Panjezusie Cierniowym (1973) . Kiedy mnie dopadła tu i ówdzie podejrzliwość partyjnego betonu, oni odbierali swoje stypendia, samochody i pracownie, załatwiali zapomogi, pożyczki, domy pracy twórczej i plenery.
Nie potępiam ich, bo każdy ma prawo żyć, jak uważa i zmieniać sobie poglądy, ale nie mogłem i nie chciałem mieć z nimi nic wspólnego. Od zawsze. Dlatego to oni, od 1982 roku zostali sędziami moralności, patriotyzmu i twórczości, chcociaż prawo do takich sądów nade mną ma tylko ksiądz, policjant i moja włąsna publika.
Dlatego nie po drodze mi było z nimi. Dlatego z takimi jak oni pupilami i stypendystami PZPR oraz Ministerstwa Kultury i Sztuki nie mogłem i nie chciałem brać udziału w bojkocie, opluwaniu inaczej myślących na listach kolaborantów, i w kościelnych wystawach, bo jestem coś winien pamięci moich Zmarłych. Jestem coś winien publiczności, której nie mogłem bojkotować, bo to był jedyny i najlepszy czas, aby w stanie wojennym dawać jej obrazy o stanie wojennym. Ja to robiłem: jestem z tego dumny, chociaż wiem, że Nec Hercules contra plures i wiem, że biada krowom, co nie zmieniają poglądów.
Przede wszystkim jednak tamten czas na Jasnej Górze, stan wojenny i pierwsza połowa lat 80., kiedy rozkręcała się spirala rozpaczy, bólu, rozdarcia, lęku, awantur, nienawiści, to był czas stosowny, żeby głębiej zajrzeć do własnej duszy, zająć się sobą, swoim przemijaniem i swoim życiem. Bo mimo wrzasku o Bogu, Honorze i Ojczyźnie, o „Solidarności” przestał się liczyć człowiek, a znaczyła większość, stado, „naród”, „wszyscy”.
Pierwszy zawał serca uświadomił mi, że jest ona ważniejsza niż malarska „służba Polsce” (zwróćcie Państwo uwagę, wciąż ta polska paranoja: artysta w służbie narodu, państwa etc. A czemu nie w służbie Sztuki?).
Tak się narodził cykl „obrazów jurajskich” (1983-1987), w którym na tle pejzażu rozpiętego gdzieś między Częstochową, Zawierciem i Wieluniem, nad Wartą, wśród białych skał lub różowych pól przewijały się wraz z postaciami bliższych i dalszych Zmarłych moje własne autowizerunki z dzieciństwa, młodości, „teraz” i już po śmierci. Snuły się nie kończące się procesje, przemarsze, pochody i wędrówki – od historii - do dziś. Od dzieciństwa do wieku dojrzałego. Narodowe, dziurawe sztandary, teatralne gesty, koturnowe barykady – były symbolami nicości i przemijania ludzi, ale jeszcze szybciej idei, dla których giną, zatracają się i odchodzą w zapomnienie, ludzie właśnie.
Potem przyszło olśnienie, aby raz na zawsze osadzić to wszystko, co robię, w świecie, z którego wyszedłem, a więc pieczętować obrazy światem prowincji, tandety, złego gustu, drobnomieszczańskich przyzwyczajeń, gorszego gatunku ludzi i wszelkiej drugorzędnej peryferyjności, bo to jest moje miejsce urodzenia, życia i śmierci; moja Polska, czyli mój świat, nawet cały Kosmos (jak chce Gombrowicz). Chciałem, już do końca swoich dni, identyfikować się z prowincją, wierzyć w jej ożywczy sens i aż do śmierci chorować nieuleczalnie na Polskę. Stąd cykl: :obrazy prowincjonalno-gminne”. Są wizerunki i portrety wsi: Brzegi, Kamion, Jedlina, Zarzecze, Nadrzecze, Mroczków Ciemny, Mierziączka,. Miasteczek: Łagów, Barcinek, Zwierzyniec,, Głuchołazy. Gmin: Zakopane, Wierzchlas.
Stąd powroty do czasu minionego, z opowiadań śp. Matki i Ojca; umarłych ułanów, nieżywych hrabianek, martwych siostrzyczek i braciszków (i synów). Stąd też postacie historyczne, ale i te żywe (półżywe) jaśnie Panie, starowinki powracające po 1989 i pokazywane w telewizji, „reanimowane” i „wystawiane” na widok publiczny i oczywiście chłopskie wdowy, jak oślepłe ptaki drapieżne i wierne. A nad tym umarłym i wymierającym światem, jeszcze do towarzystwa daję to wszystko, co jest we mnie od dziecka. Rozpacz i drwinę, i rozchwianie między grzechem10-letniego aniołka idącego do I komunii świętej i pokusą starego świntucha i grzesznika.
A ponieważ mój świat jest grzechem i pokusą wypełniony, stąd też wędrówki Chrystusa po tej „najbardziej Katolickiej Ziemi” i próby malowania Najnowszego Testamentu. Od dziecka myślałem, co by było, gdyby podczas misteriów jasnogórskich podszedł do mikrofonu Jezus i przedstawił się jako Syn Boży. Jaką byśmy Mu zgotowali Katolicką Golgotę?
Stąd na tych obrazach grubaski i grubasy, straszne dewotki, baby cuchnące i mroczne; stąd ta cała moja, ukochana menażeria z Częstochowy, okolicznych wsi i wszystkich, znanych mi polskich wsi i miasteczek.
Zaś nad światem ludzkiej groteski, pełnej miłości i ciepła (tak proszę klasyfikatorów. Trzeba patrzeć nie co? ale jak? – malowane) nad tym światem odchodzą w nicość stare chłopskie domy i zagrody, podwórza, uliczki, jarmarki, odpusty. Na polski pejzaż zapadł już w pierwszej instancji wyrok śmierci bez odwołania, w postaci polnych reklam Coca Coli, MacDonalda i Marlboro. Dlatego w tym pejzażu pojawiają się elementy rozpadu materii, znaki i stygmaty śmierci, chorób i znikania z powierzchni ziemi. Czasem na gładkim niebie tkwią jak pryszcze szczątki dawnych tapet, malowideł, ślady po gwoździach, kropki, rysy, spękania – słowem wszystko to, co bez litości z biegiem lat pokrywa człowieka, niebo i ziemię aż do zupełnego unicestwienia. Sam obraz wreszcie, który mnie przeżyje, nie zawsze domalowywać do krawędzi i wykańczać, bo i on nie przetrwa, więc zostawiam goły grunt, znak stanu świadomości: żalu, że pamiętam i wiem, iż się rozpadnie, wytrze, wyblaknie i przeminie.
Summa summarum, chociaż to co maluję od połowy lat 80. dotyczy przemijania i śmierci, a obrazy wcześniejsze (od 1968 roku malowane) mówiły o życiu w czasie teraźniejszym, to jest to wciąż mówienie o jednym i tym samym polskim świecie, na różne sposoby, lecz konsekwentnie i harmonijnie. Od 1968 roku więc nie jestem, jak chcą moi klasyfikatorzy, skundlonym bękartem po Boschu, Breughlu, małych mistrzach holenderskich, Goi i po kim tam jeszcze, lecz kochając zawsze Sztukę Dawną, wywodzę swój artystyczny rodowód z malarstwa śmierci, czyli sarmackiego portretu trumiennego. Z jego fenomenalnego, ekspresyjnego realizmu, z jego genialnej, okrutnej i drapieżnej groteski, z jego powiatowo-dworskich uroków, z sześciokątnych i owalnych formatów, a nawet ze sposobu malowania. Niestety, żaden światły krytyk polski nie był w stanie tego dostrzec, zatem po 25 latach praktyki pora to zacząć mówić samemu. Podobnie zresztą jak żaden omawiający moją sztukę, ale częściej moją moralność i życie prywatne, polski pismak nie dostrzegł tego, co zauważył pismak niemiecki:
(...) Wydaje się, że malarstwo Dudy Gracza nie ma żadnych paragrafów w przepisach cenzury. Prawdopodobnie jest to powiązane z wysoką jakością jego prac. Duda Gracz nie należy nigdzie: ani do opozycji, ani do Kościoła, a przede wszystkim nie do partii. On jest naprawdę niezależny”. (Jorg Bremer, Frankfurtter Allgemeine Zeitung, 1985). Szkoda, że ten prosty fakt dostrzegł wyłącznie Niemiec.
Dlatego też, kiedy otrzymałem od Pana Góreckiego-Rosińskiego propozycję „wystąpienia” w Metaforze, uznałem, że jest świetny pretekst, abym sam od siebie i o sobie napisał. Tę demonstrację megalomańskiej samoobsługi chcę bodaj w części przed Państwem usprawiedliwić, że jest to mniej niż skłonność do ekshibicjonizmu, a więcej – strzelisty akt rozpaczy, iż ćwierć wieku maluję i mówię najprostsze rzeczy, a tak trudno mi doczekać się od specjalistów odrobiny zrozumienia. Tymczasem „być zrozumianym, to więcej niż być”, nie mówiąc już o tym, że jak chce Canetti „najtrudniej jest odkrywać na nowo prawdy już dobrze znane”.
Katowice – Warszawa, październik 1995, Metafora"
A teraz - co nie co linków o Autorze, bo już kilka lat mija od jego śmierci i być może nie wszyscy pamiętają... 
...

P.S.

Tekst otrzymałem w pliku przez net i tak go publikuję, oczywiście cały i w formie cytatu, aby nie naruszać niczyich praw autorskich, jednak poszukałem też informacji o wydawnictwie "Metafora", w którym zapewne ukazał się ów tekst Dudy Gracza około 20 lat temu - kwartalnik ów istnieje nadal, więc podaję też link do strony:
https://www.facebook.com/pages/Kwartalnik-literacko-artystyczny-Metafora/358135694204431?sk=info&tab=page_info