poniedziałek, 27 lutego 2017

Geniusze II - Rembrandt van Rijn



Rembrandt H. van Rijn urodził się w Leidzie, w roku 1606. Naukę malarstwa rozpoczął w wieku 15 lat
( 1621 ), w pracowni miejscowego artysty - Jacoba van Swanenburgha, nauka trwała 3 lata.
W roku 1624 zaczyna naukę w Amsterdamie pod okiem bardziej znanego malarza - Pietera Lastmana.
Po jakimś czasie wrócił do rodzinnego miasta, by wkrótce otworzyć pracownię malarską wraz z innym
uczniem Lastmana - Janem Lievensenem.

Większość biografii rok 1628 określa - momentem przełomowym w życiu Rembrandta, bowiem
wówczas pracownię artystów po raz pierwszy odwiedził dyplomata i podróżnik - postać bardzo wpływowa
w ówczesnej Holandii - Constantin Huygens. Huygens zamawia u obu artystów portrety - musiał być
zadowolony z efektu, gdyż przez kilka kolejnych lat pomaga artystom w zdobywaniu zamówień, można
nawet powiedzieć, że był dla ich marchandem, agentem.

W roku 1631 Rembrandt przenosi się do Amsterdamu, gdzie dzięki marchandowi Hendrickowi van Uylenburghowi
- zakłada pracownię i ma zapewnione liczne, intratne zamówienia. Dwa lata później zaręczył się i ożenił
z siostrzenicą marchanda - znaną z wielu obrazów - Saskią. W roku 1635 otwiera nową, znacznie większą
pracownię, gdzie przyjmuje pierwszych uczniów.
W życiu artystycznym osiąga sukcesy, ma dużo zamówień, wielu uczniów, jednak życie rodzinne nie jest
szczęśliwe, bowiem umiera przedwcześnie kolejnych troje dzieci artysty, dopiero w roku 1641 rodzi się
Tytus - syn, któremu udaje się przeżyć wczesne dzieciństwo..., niestety ledwie rok później umiera jego
ukochana żona, Saskia, na dodatek tak określając swój testament i przekazanie posagu, że i w kolejnych
latach artysta ma ogromne problemy w życiu osobistym... Doświadczany w życiu codziennym nie załamuje
się, lecz jakby tym bardziej, tym mocniej zagłębia w świat sztuki, tworzy liczne grafiki, maluje, maluje, maluje...

Jednak nie ma smykałki do biznesu, nie wszystkie zamówienia spotykają się z uznaniem... Nie mając ręki
do pieniędzy, ani pokory wobec krytyków, stopniowo popada w długi, żyje coraz skromniej, w końcu
wręcz bankrutuje - a jego zbiory i prace zostają sprzedane na aukcji. A jednak nadal, choć żyje w bardzo
skromnie, wciąż tworzy - do końca pozostając wiernym swojemu największemu talentowi...
Umiera w biedzie, otoczony opieką jedynie piątego, nieślubnego dziecka - 15 letniej córki - jest rok 1669,
Rembrandt ma 63 lata...

Rembrandt namalował około 300 obrazów, stworzył też kilkaset grafik, dobrze ponad tysiąc rysunków...

Tutaj - poza pierwszym dziełem..., skupię się na jego obrazach, jednak warto poszukać także świetnych,
ujmujących grafik i szkiców artysty. Czasem - ze względu na silne kontrasty światła i cienia - porównuje
się Rembrandta do Caravaggia, jednak jego styl jest zupełnie inny... Zresztą, co jeszcze nie raz pokażę,
nie tylko Caravaggio i nie on pierwszy nawet, wykorzystywał niezwykłe efekty silnych zestawień światłocienia...

Nazywa się czasem Rembrandta malarzem duszy - odróżniając go od Rubensa - określanego z kolei
jako mistrza w malowaniu ludzkiego ciała. Ale to oczywiście uproszczenie - obrazy Rubensa są bardziej
dynamiczne, skomplikowane, pełne postaci o aż czasem nieprawdziwych - rozpasanych i tęgich ciałach,
ale jednocześnie najczęściej alegoryczne, pełne metafor, odniesień do mitologii, religii... Rembrandt choć
jego malarstwo jest także niezwykle swobodne - to jednak zupełnie inne - nawet te same tematy od razu
sugerują nam innego malarza, o innej duchowości, wrażliwości, intelekcie akcentującym odmienne treści
i wartości. Mniej tu widowiskowości, więcej utajonego spokoju i skupienia, a światło w mniejszym stopniu
klasycznie czy werystycznie określa bryły i kształty - w większym emocje, czy nastrój wynikający z tematu,
czy też autorskiego ujęcia motywu. To po prostu i aż - indywidualiści, nie naśladowali nikogo tak, by można
ich określić uczniami swoich mistrzów, przerastali ich szybko, tworząc własny, wyrazisty styl i porównywanie
ich - by jednego skrytykować, a drugiego wynieść, jest, moim zdaniem oczywiście - pozbawione sensu...

Wyjątkowych wątków w malarstwie Rembrandta nie brakuje, ale szczególna jest liczba Autoportretów...
Bynajmniej, nie da się powiedzieć, że ich ilość jest miarą jakiegoś szczególnego zadufania, raczej można
je nazwać studiami stanów ducha, możliwości ludzkiej mimiki, oraz przemijającego czasu... 
Poza tym, cóż, autoportrety to dobre ćwiczenie - nie tylko w okresie uczniowskim, ale zawsze - bowiem
można poświęcić im dowolną ilość czasu, pozostawić w dowolnym momencie wykonania, ba więcej, niż
w przypadku obrazów na zamówienia - eksperymentować... Poza tym, jak kiedyś już pisałem, autoportret
jest najtrudniejszą z form portretu - gdy nie mamy fotografii, nie ma rzutników, komputerów, camery obscury
nie można zastosować - jest tylko lustro i artysta, praca na żywo, na dodatek, z bardzo ruchliwym modelem ;)

Czas jednak..., przejść do prac. To, co mnie najbardziej zadziwiło, wręcz sprawia - nadal - że nie do końca
wierzę przekazom, to fakt, że pierwsze dzieła uznawane za obrazy Rembrandta, są, w skali jego największych osiągnięć, po prostu..., słabe:





A choć widać postępy, to jednak i one...
jakże różnią się od największych arcydzieł, jakie pozostawił po sobie
Rembrandt van Rijn...
Jakże niewiele w nich tych wspaniałych światłocieni, subtelnych przejść 
tonalnych i zewstawień barw..., kompozycje stają się odważniejsze, ale...







Tak..., nie każdy mistrz wielkiej miary jest nim od pierwszego obrazu, warto o tym pamiętać, 
gdy przychodzą na nas te gorsze dni, gdy oglądamy dzieła bardziej doświadczonych, 
albo nawet i bardziej zdolnych...
Nic nie jest ostatecznie przesądzone, a biegłość techniczna - szczególnie w naszych czasach
gdy może być wynikiem różnorakich sztuczek..., nie jest najistotniejsza. 

Można powiedzieć, że żyjemy w czasach, w których swoboda techniczna jest tylko
wyjściem do sztuki - czasem nawet jest niekonieczna, skoro można ją zastąpić z powodzeniem
protezami techniki..., najistotniejsza jest własna wizja, szczerość wobec siebie i swoich 
idei, koncepcji, tematów i istotnych wartości / treści lub emocji...

Czas przejść do autoportretów Mistrza, bo jednak był Mistrzem, przez duże M...,
jeśli nie za całokształt bez wyjątków, to w ogromniej większości dzieł, a w autoportretach
z pewnością wszystkich..., nawet tych pierwszych, choć oczywiście są one dużo prostsze...
Wybór autoportretów Rembrandta pokazuję w miarę chronologicznie: 


































Autoportretów Rembrandt pozostawił po sobie znacznie więcej - bo blisko 100... 
Dalszy pokaz portretów Mistrza zacznę też od jednego z nich - z wczesnych lat...




Proszę zwrócić uwagę na sposób namalowania włosów - "kędziorki" tak wyraźnie widoczne, nie są malowane właściwie, ale raczej wydrapane - prawdopodobnie drugim końcem pędzla... 
Co przy okazji pokazuje koloryt imprimitury ( podmalówki ).
Część autoportretów - to również nawiązanie do sceny rodzajowej, ale przez pryzmat 
życia rodzinnego artysty...




Choć zazwyczaj mówi się o Rembrandcie, że malował niezwykle lekko i swobodnie, zwłaszcza patrząc 
na autoportrety, podkreślić należy, że potrafił - na zlecenia - pracować z niezwykłym pietyzmem, 
jak choćby w poniższym przypadku...




Warto też - patrząc na powyższy obraz, zauważyć, że obraz ciała wydaje się nieco dziwny - np., ręce 
zwłok poddawanych sekcji mają nierówną długość i ogólnie ciało wydaje się lekko nieproporcjonalne. 
jednym z wyjaśnień może być to, że Rembrandt musiał się tu posłużyć szkicami, lub malować coraz
to inne zwłoki, jeśli scena była pozowana... 
Choć scena może się wydawać nieco makabryczna, warto wiedzieć, że publiczne sekcje zwłok były
podówczas swego rodzaju modą - protestancką odpowiedzią na Tabu, charakterystyczne 
dla krain katolickich - ale przede wszystkim stawianie na naukowe, pragmatyczne podejście 
do życia i śmierci, oraz początek ery prawdziwej, współcześnie rozumianej nauki upowszechnianej
wśród ludzi różnych klas społecznych. 

A teraz..., szeroki wybór portretów pędzla Rembrandta:






























































Jak już pisałem, Artysta stracił większość z dzieci, czwarte z kolei - syna Tytusa często malował...,
a choć nie przypuszczam, by przeczuwał nadchodzące nieszczęście i jego młodzieńczej śmierci,  
zapewne cieszył się mając go przy sobie o wiele dłużej, niż poprzednią trójkę... 
Oto kilka z portretów Tytusa:








Są portrety, do których mam szczególny sentyment - dwa pierwsze przedstawiają Polaków...
( Jeźdźca polskiego - Lisowczyka, najemnika..., oraz człowieka w stroju polskim, czy był Polakiem,
czy też nie, nie wiadomo, jednak ciekawym jest zobaczyć obrazy tego typu..., trzeci, to portret wieloletniego przyjaciela artysty - z którym się wielokrotnie, nawzajem portretowali, często przebierając się w niezwykłe stroje..., a ostatnia praca, to portret starego Żyda - obraz szczególny, niezwykły...












A teraz nieco scen rodzajowych, portretów bardziej metaforycznych, lub
jakby studyjnych, eksperymentalnych - a także aktów, scen z grubsza, 
rodzajowych... 

Nie będę tych prac szczególnie komentował..., niech przemawiają same z siebie...





















Drobna uwaga - jesteśmy przyzwyczajeni, że obrazy w sieci
powinny oddawać realny koloryt i światłocień, ale..., czasem...,
można mieć poważne wątpliwości:





Martwe natury jako takie, to nader rzadki temat w twórczości Rembrandta,
Jednak jest cykl, który można tak nazwać i jest to ten moment, gdy nazwa ta...
martwa natura - bardzo pasuje do przedstawienia... 







Chyba najbardziej znanym obrazem Rembrandta, w połowie drogi między sceną o charakterze 
rodzajowym, metaforycznym, historycznym i portretowym, jest...



Jest to też jeden z tych obrazów, które nie podobały się odbiorcom, bowiem najważniejsi nie są szczególnie
 wyróżnieni, zaś niemal fabularny charakter przedstawienia zdaje się sugerować, że artysta wykorzystał
portret zbiorowy jako pretekst do własnych poszukiwań. Choć są oczywiście i inne teorie, 
czasem nawet tak skomplikowane i przedziwne, że przypominają...
powieści fantastyczno/popularno/naukowe Dana Browna.

A teraz wybór prac o tematyce religijnej i alegorycznej - tu w pełni widać, że artysta nie 
ograniczał się do przedstawiania świata - a szczególnie światłocieni - w sposób czysto realistyczny...   
Myślę zresztą, że światło w ogóle - jako środek techniczny, dla Rembrandta, 
był nośnikiem treści "duchowych" - metaforycznych, mistycznych, czy wprost - teologicznych:












Przy okazji ponownie dwie reprodukcje jednego obrazu, które każą być bardzo ostrożnym, 
wobec oceny dzieł..., przez sieć...





Prawda, że spora różnica barw dzieli powyższe reprodukcje? 

Ale pójdźmy dalej... 



















 



























Ostatni "dział" dzieł artysty, jaki dziś pokażę, to pejzaże...



















Koniec, a zarazem...

C.D.N.








Brak komentarzy:

Prześlij komentarz