sobota, 17 marca 2012

O artyście III - Piotr Król


Piotr Król, od urodzenia mieszkaniec Łodzi, jest absolwentem łódzkiej Akademii Sztuk Pięknych ( w trzech dziedzinach - malarstwa, rysunku i drzeworytu ), a także laureatem licznych nagród i stypendiów.
Uczestniczył lub miał kilkadziesiąt wystaw w Polsce, we Włoszech, Szwecji, Meksyku i w Stanach Zjednoczonych. Obecnie współpracuje także z kilkoma Galeriami sztuki, o których zupełnie poważnie powiedzieć można, że należą do czołówki w Polsce, i zresztą nie tylko w Polsce.
Jeszcze jedna uwaga - dla większej czytelności tego dość hm, hm, obfitego tekstu podzieliłem go na kilka mini opowieści pod konkretnymi obrazami.
O dwóch pierwszych obrazach pisałem kilka lat temu, przygotowując tekst do katalogu
III Międzynarodowego Forum Sztuki w Łodzi. Choć tekst poniżej nie zawiera bezpośrednich cytatów z tamtego artykułu, użyłem jednak kilku jego parafraz i dość podobnie kończę…
Na początku dodam za dawnym tekstem, że inspiracją obrazów „Vir Melancholicus” 
oraz „Sprzedawca balonów” był ( m.in.) obraz Hieronima Boscha, pt. „Niesienie krzyża”. 
Jest to jednak tylko cząstka prawdy - obrazy Piotra Króla nie są bowiem prostymi cytatami
z dzieł przeszłości i o ile w ogóle odnoszą się do dzieł innych autorów, jedynie trawestują ekspresyjny efekt - tu - taki, jaki daje ograniczenie przedstawienia postaci do pół-postaci lub wręcz samych głów.  Efekt ten jest przemyślany i świadomy, co zresztą postaram się udowodnić poniżej. Poza tym, nie ma w pracach Piotra Króla tej nuty dwuznaczności, nadziei, jaką w obrazie Hieronima Boscha budzi obecność Chrystusa, odniesienie do historii Odkupienia. Ogólnie Piotr unika jednoznacznych odwołań do jakiejkolwiek ideologii, czy religii.

  
„Vir Melancholicus”... obraz olejny i... spory. Spory - co daje efekt przytłaczająco ogromnych półpostaci, rozemocjonowanych, jak gdyby w trakcie zażartego boju z sobą, w którym ścierają się jak płyty tektoniczne i marzenia i szara, przytłaczająca rzeczywistość…
A jednak, jedna z postaci zdaje się kierować czymś innym niż emocje, innymi intencjami. Spójrzmy, jedna z postaci chce pozostać enigmą. Nie widzimy twarzy o pustych oczach, po których moglibyśmy domyślić się fałszu lub obłudy, zasłania ją złota maska.
Oto zilustrowana melancholia, cienka jak kartka niezapisanego papieru granica obłędu, magiczne lustro, w którym przeglądamy się, które choć nieprzejrzyste, zdaje się zdradzać znacznie więcej, niż mogłyby zdradzić nasze własne wizerunki, miny i gesty. Wszak tak łatwo, gdy patrzymy w lustrzane tafle szkła, gubimy klucze prawdy, ba, często odruchowo przybieramy pozę, nie nakładamy na twarz masek, dosłownie, ale...
Czy to samooszukiwanie się, potrzeba duszy, brak szczerości, chwila samozachwytu, albo krytyczne spojrzenie wydzierającej się na wolność depresji?
Szanowni Państwo, przypomnijcie sobie jak przyglądacie się swojemu odbiciu, co widzicie?
Większość z nas widzi to tylko co ujrzeć pragnie, lustro jednak temu niewinne, to kwestia jedynie tego, czy potrafimy spojrzeć szczerze i wnikliwie, w swoje odbicie, w oczy drugiego człowieka, na otaczające nas miasto, zjawiska, naturę, codzienność, życie…
Czy zdolni jesteśmy ukazać światu prawdziwą twarz, chwilę niepokoju, prawdziwej satysfakcji?
Czy jednak, jak człowiek w złotej masce, przybieramy pozorowane konstruowane przez świadomą kontrolę miny - maski, reminiscencje narzucanych nam co krok społecznych Tabu?
Co wybieramy najczęściej? 
To, wbrew pozorom, pytanie, z tych najważniejszych.



 
Sprzedawca Balonów” - również obraz olejny, także sporych rozmiarów.

W dolnej części obrazu widzimy basen wypełniony wodą, otoczony..., mackami?
Nad basenem wznosi się ku górze kolumna przeźroczystych, półpłynnych, organicznych
kształtów, im wyżej, coraz bliższych formie ludzkich głów, skumulowanych, samoistnych i   zachodzących na siebie.
Z daleka obraz przypomina bukiet przedziwnych, szaroburych kwiatów, lub odwróconą kiść winogron... Wśród głów, podobnie jak w "Wirze Melancholii" opisywanym powyżej, znów znajdziemy motyw autoportretu, twarzy autora zwróconej wprost ku odbiorcy. To ważna wskazówka, autor w ten sposób sugeruje, że nie czyni swych wizji opowieściami o innych, o jakimś teoretycznym wszechświecie metafor, nie, On opowiada o nas, o sobie, o świecie. Niejednoznacznie, mrocznie, mocno metaforycznie, ale jednak. Nie przedstawia też siebie, tak jak czyni to i czyniło wielu przed nim, nie udaje biernego niezależnego obserwatora, na chłodno ujawniającego nam "prawdy o życiu".
Nie, nie, Piotr Król stosuje raczej chwyt jak Caravaggio w „Męczeństwie św. Mateusza”,
jest uczestnikiem, formą wśród form, skierowaną do nas w swego rodzaju stwierdzeniu:
„Jesteśmy tutaj wszyscy, wszystkich nas dotyczy to co próbuję wam powiedzieć o człowieku, o kondycji człowieka jako takiego”.
„Sprzedawca balonów”, balonów, którymi wszak mogą być tylko te stopniowo formowane ludzkie głowy. Fantastyka? Realizm Magiczny?
Bynajmniej.
Pomyślmy, czy nie jak balony, bywamy nadmuchani arogancją, sztucznymi wyobrażeniami o wyższości nad wszystkie inne gatunki, a nawet w kontaktach między sobą?
Jesteśmy przy tym istotami delikatnymi, kruchymi, bardzo niepewnymi jutra, tymczasowymi...
Mamy w sobie całkiem sporo ze zwierząt, nierzadko więcej, niż chcielibyśmy przyznać.
Nadęci, aroganccy ludzie mają (moim zdaniem przynajmniej) do naszych braci mniejszych znacznie bliżej, niż pokorni, uważni, skupieni... i realnie twórczy. 
Piotr Król jest portrecistą, ale nie portretuje tapety z martwego naskórka na pomarszczonej, ukrytej pod nią skórze..., nie jest portrecistą pomalowanych pomadką słodkich usteczek i oczu udekorowanych sztucznymi rzęsami. Nie pokazuje powierzchowności.
Nie, autor próbuje wnikać w samą osnowę pojęć, takich jak: człowieczeństwo, humanizm.
Stara się przemawiać o emocjach i pragnieniach targających ludźmi.
Czemu służy wizerunek ludzkiej twarzy w wizji Piotra Króla, artysty, który sam o sobie pisze, że malarstwo jest dla niego…, religią?
Co wyobraził Michał Anioł w scenie Stworzenia Adama? Oto, gdy przestaniemy patrzeć na pojedyncze postaci, dojrzymy nagie, jakby bezwolne, przez to niemalże nudne ludzkie ciało Adama, którego dłoń wiedziona jakby instynktem - bo przecież jeszcze nie świadomą myślą - wyciąga się ku chmurze kształtów, które same w sobie też mają kształt, jaki?
Niektórzy twierdzą - i ja też tak sądzę - że jest to przekrój ludzkiej głowy, mózgu, fizycznej formy dla umysłu, będącego z kolei naczyniem dla sumy wspomnień, iluzji, idei i emocji. Gdy marzymy, gdy planujemy, śnimy, to to właśnie, co wypełnienia nasze umysły, przyjmuje formy różnorodnych imitacji rzeczywistości, pozorów, metafor, czy iluzji…
Z pewnością w swojej twórczości dotyka Piotr Król nie prostych motywów, ślizgających się po powierzchni banalnych iluzji, lecz nade wszystko przymioty i wady ludzkiego umysłu, świadomości. Częściej może nawet zauważa nasze wady i błędy, bowiem to one destabilizują świat, to one czynią go pełnym niepotrzebnych cierpień, nieporozumień albo i wydarzeń jeszcze gorszych, w których bynajmniej, nie logika i kreatywność biorą górę...




„Syzyf” - tym razem widzimy głowę postaci jakby wprost z naszych, polskich ulic.
Wielka głowa, stonowane barwy i pozorny nadmiar tła w górnej części kompozycji.
Pozorny, bowiem to nic innego, jak niewypowiedziany ciężar nieba, przestrzeni, nieznanego, w które nasz Syzyf codzienny nie ma czasu się zagłębiać, ogarniać ich umysłem, ale one tam są...
Oto człowiek z ulicy, o twarzy szarej, steranej, a zarazem w artystycznej wizji, złożonej z tysięcy drobnych plam, pociągnięć pędzla, warstw. Twarz niejednoznaczna, a zarazem archetypiczna.
Zapewne moglibyśmy ją przypisać wielu spośród napotkanych dotąd ludzi. Oto człowiek zapracowany, w którego twarzy odbijają się tysiące podobnych, monotonnych nad miarę dni, wyuczone ruchy, miny. Rysy jakby obwisłe, stonowane, zamknięte w uniwersalnej obojętności wobec otoczenia, w zapatrzeniu
w siebie, a raczej w swoje codzienne sprawy, plany, niepokoje i smutki. Nie pobrzmiewa w tych rysach ani pokora, ani arogancja, ani głęboka myśl.
W tym przedziwnym wyrazie nie ma śladu skupienia pełnego pasji, nie ma śladu zachwycenia dowolną czynnością, myślą czy ideą. Oto twarz kogoś, kogo codzienność dopadła i stłamsiła, uczyniła Syzyfem idealnym, Syzyfem, który nie nosi na barkach żadnych kamieni, nie, jemu wystarczy jego własny prosty jak drut los, codzienna udręka monotonii i samo intuicyjne przeczucie ogromu świata ponad głową. Uwspółcześniony, urealniony Syzyf bez skargi podążający za swoim nieustannym trudem.
Czy jest nam obcą taka wizja współczesnego Syzyfa?
Tak szczerze?





„Czwarta rano” - znów twarz i dłoń, znów twarz o dziwnie znajomym wyrazie, znów równie  znajomy gest. Lecz przecież nie jest to konkretny człowiek. Być może, że miał pierwowzór,
że jest do kogoś podobny, a jednak ponownie stwierdzę - nie jest to - w efekcie i wyrazie obrazu - pojedynczy człowiek.
Oto prosty i niemalże uniwersalny, a jednocześnie na wskroś współczesny archetyp zmęczenia, niedospania, świadomości, że znów przed nami ten sam, czasem zapewne iście syzyfowy dzień.
Czwarta rano, gdy czujemy nie euforię, a zmęczenie, zupełnie jak po nieprzespanej, lub pełnej koszmarów nocy, po hulaszczej imprezie, albo samotnym zalewaniu robaka…
Nawet najbogatszy i najbardziej beztroski człowiek ma w swoim życiu takie poranki, a są i tacy, dla których to po prostu proza życia.
Dawni malarze, Ci prawdziwie utalentowani, potrafili dostrzegać pewne sposoby zachowania, ujmować je w ścisłe ramy swojego stylu i czynić z prozy codzienności wspaniałą poezję, często przemawiającą do nas pomimo, iż z parafrazowanych w ten sposób ludzi nie pozostał już nawet proch... Z drugiej strony, wielu dawnych malarzy upiększało świat zastany albo, trudne treści zamykali ramami mitologii, tematyki religijnej lub alegorycznej.
Były jednak wyjątki, np., portrety Velazqueza to często postaci karłów i upośledzonych ( np., z zespołem Downa ), czyli służących, niemal niewolników i błaznów z dworów możnowładców. Ale Velazquez nie przedstawiał ich jako groteskowych kuriozów, nie, autor ujmował te postaci tak, jak ujmował twarze i postaci władców, szlachty, a i samego siebie. Albo Goya, portrecista brzydoty, dostrzegający w ludziach to, czego sami widzieć nie chcieli…, pochlebca w życiu, w malarstwie ryzykant malujący rodzinę królewską i dostojników jak malować mógłby niewykształconych pijaczków dopiero co wyciągniętych z rynsztoka, i tylko dla głupiego żartu przyobleczonych w złoto i jedwabie…
Sztuką przez duże S jest tak uchwycić prostotę codzienności, by osiągnęła pułap wizerunku uniwersalnego, choćby czasem miało to dotyczyć charakterystyki czasów nam współczesnych.
Cóż, sztuka zaangażowana ma wiele obliczy, niektóre kontestują codzienność i doniesienia prasowe, inne jedynie komentują blichtr salonów, nie wnikając w metafizyczne jakości bytu. Poczytajmy jednak ojców sztuki nazywanej współczesną…, zacznijmy od stwierdzeń jakie Wasilly Kandinsky wyraził w książce – manifeście: „O duchowości w sztuce”, poczytajmy, dobrze radzę...




 
„Ogród” - obraz szczególny, wydawałoby się na pierwszy rzut oka, że należy już do innego języka wypowiedzi, bliżej nieprzebytym krajobrazom surrealizmu. Myślę jednak, że wystarczy przyjrzeć się uważniej i tej i innym, pracom autora, by zrozumieć, że wszystko co napisałem wyżej obowiązuje i tutaj, choć jednocześnie nie wyczerpuje tematu.
Opis? Czy naprawdę jest potrzebny nam dokładny opis tego obrazu?
Czy nie wystarczy zauważyć ogólnego zasupłania dziesiątków brył, organicznych w charakterze
i kształtach, form od niemal abstrakcyjnych - potencjalnych raczej, niż realnych - po kształty jak najbardziej rozpoznawalnych ludzkich i zwierzęcych głów...
Ogród Piotra Króla nie jest siedliskiem prostych i dających się objąć rozumem zależności miedzy człowiekiem, fauną i florą. Jest swoistą koniunkcją sfer wielu problematyk, spraw, zagadnień, konglomeratem. Zbiorem cząstek zestawianych ze sobą i powiązanych na sposób, w skali, których nie ogranicza naukowa systematyka, czy tradycja, np., akademickie kanony piękna.
Nie ogranicza tej wizji również żaden prosty zachwyt, ani równie prosta depresja autora.
To niepokój, zaniżenie człowieczeństwa, zaniżenie jednak nie w formie typowego współczesnego nihilizmu, poczucia beznadziei. Nie, wbrew popularnym współcześnie mitom jest "Ogród" zobrazowaną myślą, ideą, niepokojem i pytaniem zarazem…
O co?
Jak zawsze o człowieka, jego naturę, a także o ograniczenia i o to, na ile realna jest nasza własna wizja  - ta tworzona przez nas, na nasz własny użytek, o sobie i świecie, o innych i ich wartości..., a także o to, na ile potrzebne są nam wyznaczane normy, gąszcz praw i teorii, oślizgłe kłamstwa i agresywne zagrania rodem wprost z dżungli...
Przenosząc sprawy na poziom prostszy, codzienny, obraz ten mógłby być ilustracją - jacy jesteśmy, nie wedle naszych poglądów, nie wielcy w mniemaniu, ale często jakże bliscy bestiom i leśnym stworom, żyjący na koszt innych ludzi, świata, cały czas wołający, że coś tam coś tam musimy i że przecież mamy powody, że znamy jedyne prawdy, chcemy, by było lepiej, że przecież...
Doprawdy?
Jedno pytanie się nasuwa…
… czy musielibyśmy cokolwiek ratować / poprawiać - jak więzi rodzinne, pokój na świecie, świat przyrody na Ziemi - gdybyśmy realnie o nie dbali i najpierw czegoś nie popsuli?
Śmiem wątpić.

Podsumowując…

Jaki jest największy atut twórczości Piotra Króla?
To, że w tym naszym przesłodzonym, pełnym złudzeń, lukrowanym, konsumenckim świecie pełnym banału, obrazy które tworzy zwracają uwagę, ba, potrafią zatrzymać na chwilę, zmusić do zastanowienia, a nawet, bywa ( to cytat ) „wzbudzić dreszcze”.
Czy jest większy komplement dla twórcy, miara skuteczności przekazu sztuki?

Załączam kilka linków do stron z informacjami biograficznymi, opiniami i większym wyborem prac autora:




sobota, 3 marca 2012

Epitafium...

Dzisiaj chciałbym zaprezentować życiorys i kilka (udostępnionych mi w roku 2011) prac nieżyjącego już niestety kolegi Stanisława Buczkowskiego.
Stanisław Buczkowski urodził się w Tczewie, w 1956 roku. Z wykształcenia i zawodu był elektrykiem, przez wiele lat pracował w tczewskiej stoczni remontowej. Kto jednak chciałby powiedzieć, że to kiepski życiorys dla twórcy, czy w ogóle osoby, o której warto pisać, zanim to zrobi, niech wspomni biografię Prezydenta III RP Lecha Wałęsy…
Stanisław Buczkowski malować zaczął w roku 1974. Przez kilka lat uczył się także pod okiem śp. Janusza Mokwy, można Go zatem nazwać pierwszym uczniem Janusza.
Stanisław nie tylko malował, był także zapalonym miłośnikiem historii Polski, a także malarzem i kronikarzem, a zarazem honorowym członkiem tczewskiego Bractwa Kurkowego.
Stanisław pozostawił po sobie i inne dobro - Stanisław, oraz jego dzieci - Rafał i Elżbieta Buczkowscy od dawna nazywani bywali artystycznym „klanem Buczkowskich”. I Rafał i Elżbieta ukończyli liceum plastyczne w Gdyni, oboje tworzą, ilustrują również książki pracując dla Wydawnictwa Nowa Era.
Po niespodziewanej śmierci Janusza Mokwy w styczniu 2010 roku ( do dnia śmierci także szefa działającego przy SDK-SM w Tczewie „Gremium Malarskiego” ), Stanisław Buczkowski jednogłośnie został obrany nowym szefem „Gremium”.
Do "Gremium" należało lub należy wiele zdolnych osób, jednak jak nikt inny, Stanisław był podobny Januszowi Mokwie z wielu..., poza artystycznych, a ważnych powodów. 
Przede wszystkich cechowała Go niezwykła zdolność zjednywania sobie ludzi, niezależnie od wieku, płci czy poziomu wykształcenia. Dotyczyło to także osób pełniących ważne funkcje publiczne. Był też człowiekiem pełnym poczucia humoru, sypiącym jak z rękawa dziesiątkami przezabawnych anegdot, a jednocześnie stanowczym i uczciwym.
W latach 2010-2011 nie tylko rządził „Gremium”, zdobył również honorowy tytuł „Króla Kurkowego” w tczewskim Bractwie. 
Jego śmierć w styczniu 2012 roku z pewnością głęboko zasmuciła setki Tczewian, a także wielu twórców z Polski i z zagranicy, z którymi nawiązywał kontakty równie łatwo poprzez fora i serwisy społecznościowe, jak i w kontaktach bezpośrednich.
Jeśli chodzi o twórczość, Jego prace zdobią wiele domów w całej Polsce, a stała wystawa prac Jego autorstwa ściany siedziby Bractwa Kurkowego w Tczewie.
Miał lub uczestniczył w około 50 wystawach i plenerach malarskich w Polsce i w Niemczech.
Wybrane ( prze ze mnie ) wystawy Stanisława:
- 1988 r. - wystawa indywidualna w ODK - Suchostrzygi w Tczewie.
- 1996 r. -  wystawa zbiorowa w ODK - Suchostrzygi z Piotrem Wegierą, Czesławem Farlichem, Cesławem Myszką i Januszem Mokwą.
- 1997 r. - wystawa zbiorowa z okazji 15 lecia ODK - Suchostrzygi wraz z rzeźbiarzem Jerzym Makowskim, Czesławem Myszką, Januszem Mokwą, Piotrem Wegierą, i synem Rafałem.
- 1998 r. - udział w zbiorowym przeglądzie twórczości „Mistrzowie i debiutanci”, z okazji
Dni Ziemi Tczewskiej, wraz z 25 artystami, w szczególności z prof. ASP w Gdańsku
Włodzimierzem Łajmingiem.
- 2001 wyróżnienie w Festiwalu Twórczości Sakralnej w Tczewie w kościele p. w.
Podwyższenia Krzyża Świętego.
- 2002 – 2004 i 2011 r. – wystawy poplenerowe „Tczew miasto nad Wisłą”, TCK, Tczew.
- 2005 r. - druga wystawa rodzinna w Muzeum Borów Tucholskich w Tucholi.
- 2005 r. - trzecia wystawa rodzinna w Gminnym Ośrodku Kultury w Gostycynie.
- 2008 i 2011 – I i II Triennale „Tczewskie Spojrzenia na Świat” – CWRDW, Tczew.
- 2010 r. - „W cieniu Mistrza”, Fundacja dla Tczewa.
- 2011 r. - wystawa zbiorowa „Gremium Malarskiego” w Galerii Kunst-Geschoss, Werder Havel, Niemcy.
- 2011 r. - wystawa zbiorowa inaugurująca działalność Centrum Kultury „Hokus Pokus”,
w Łodzi.

Oto kilka prac Stanisława: