czwartek, 10 marca 2016

Ślepcy...

Ślepcy...

Nie, szanowni państwo, nie piszę o ludziach pozbawionych jednego ze zmysłów - obojętne - tragicznym
zbiegiem okoliczności, wypadkiem, działaniem osób trzecich, czy to w wyniku wad genetycznych, prenatalnych,
czy późniejszych..., nie, nie piszę o niewidomych.
Nie, piszę o Ślepcach - o ludziach, którzy po prostu nie korzystają ze zmysłów i umysłu, których
do przodu ciągnie ślepa wiara, głębokie, ale przyjęte a priori przekonania, strach zastępujący wiedzę,
agresja zamiast argumentacji, albo cynizm tak silny, że jest w istocie jedynie objawem narcyzmu...

Tak właśnie - w moim najgłębszym przekonaniu - należy zacząć interpretować obraz, który od lat
robi na mnie dojmujące, niepokojące wrażenie, jest swego rodzaju lekiem na wiele obaw,
ale i ostrzeżeniem, przed  dążeniami zbyt oczywistymi, ścieżkami zbyt prostymi i łatwymi,
pokusami - by popłynąć z prądem, pójść na łatwiznę..., albo być choćby nawet bezmyślną,
byle jednak, cząstką tłumu...

Nawiązuję słowem powyższego wstępu, do twórczości jednego z najgenialniejszych Mistrzów przeszłości,
Petera Bruegela Starszego..., a obraz?


Ślepcy..., ślepy ciągnie ślepego, a gdy jeden się potknie...

Tak, oczywiście, obraz przedstawia niewidomych.
Jednak odczytywanie obrazów tego malarza dosłownie, jest projekcją naszych - współczesnych
nam przyzwyczajeń - do przeglądania świata w zwierciadłach fotografii, filmu, dokumentów,
komputerowych baz danych, i itp.
Ten obraz zaś, to iluzja, lecz znów, nie w powierzchownym znaczeniu - łudzącego podobieństwa,
raczej pozór, baśń, morał, symboliczny kalambur, prosty tylko, gdy znamy źródła, troszkę chociaż
wiemy o czasach, a zwłaszcza o malarstwie tego, konkretnego artysty...

Sięgnijmy do Ewangelii wg św. Mateusza:
"Zostawcie ich! To są ślepi przewodnicy ślepych. Lecz jeśli ślepy ślepego prowadzi, obaj w dół wpadną."

Tak, jeśli szukać źródeł, szukajmy ich w dominującej podówczas ideologii, właściwie źle piszę,

nie dominującej - ale oczywistej dla 99% społeczeństwa.
Ot, niektórzy wierzyli tylko, inni wierząc myśleli przy tym i zdolni byli analizować Słowa, a niewielu

potrafiło jeszcze stwarzać głębokie, wielowarstwowe (znaczeniowo), ilustracje symbolicznych treści.
Treści szerszych w swym znaczeniu niż słowa zaczerpnięte z Biblii - świętej księgi Chrześcijan.
Wszak zaślepienie..., ten rodzaj szczególnego stanu ducha pozbawianego niemal autorefleksji,
często fanatyzmu w oddaniu określonej myśli, idei, bynajmniej nie ogranicza się jedynie do religii.
Owszem, popularny to i łatwy..., pogląd, a przecież, patrząc z perspektywy historii powszechnej,
jakże uproszczony...

Jak łatwo banalnie uprościć lub abstrakcyjnie uogólnić problem - pod określonym hasłem,
by iść drogą tyranów i tych malutkich, codziennych, niszczących co inni z mozołem tworzą,
po tych obdarzonych charyzmą wariatów, wskazujących palcem domniemanych, często zupełnie
niewinnych, "wrogów publicznych"...

To zaiste ciekawe, jak z drobnego nieporozumienia, nawet przy okazji budowy dla dobra ogółu,
zaślepienie i przesada, albo cele zbyt banalnie, powierzchownie zinterpretowane, mogą zniweczyć
wszystko, przynieść więcej szkody nawet, niż nieróbstwo...



Tak, to jest Wieża Babel.

Przyjrzyjmy się jej uważniej.
Ogromna budowla - częściowo zapewne wykuta w skale, wysokiej górze, następnie podwyższana,

pnie się ku górze, jeszcze się pnie, ale już jest dziwnie przechylona, jakby zagłębiała się w ziemi
pod własnym ciężarem, ciężarem niedosiężnych marzeń, a zarazem tak, nie inaczej..., tak tak,
zaślepienia.
Jak ogromnym wysiłkiem wielu lat, może pokoleń ludzi, wykuto i wybudowano tę ogromną budowlę?

Ale ktoś miał ambicję pogadać sobie z Bogiem, kierując się małostkowym przekonaniem, że wie,
gdzie owego Boga szukać...

Dla tego banału, a raczej dla woli zaślepionego władcy - narcyza - tego gościa w koronie, widocznego
na pierwszym planie, dla niego to tysiące ludzi trawią całe życie na usłużnej, ogromnej, niesamowitej...,

stricte zbędnej stercie wydrążonych skał i nadbudowy z ładnie ułożonych kamieni.
W tradycji biblijnej Wieża Babel została zniszczona wolą Boga, a ludziom którzy ją budowali pomieszane
zostały języki tak, że zupełnie i za nic, nie byli zdolni się porozumieć.
Bruegel przedstawia jednak - króla, ludzi odzianych, maszyny i budowlę w stylu - charakterystycznym
dla własnych czasów.
Co się stanie, gdy założymy, że to nie wyższa istota zrzuciła z piedestału inicjatorów budowy Wieży?
Może tylko umarł nadęty ambicjami król, a wraz z nim umarła idea, albo po prostu zabrakło kasy
w skarbcu i kieszeniach podatników?
Być może wybuchł Bunt?
Rebelia, lub kryzys wywołany nadmiarem włożonych środków, wypadków, ciężaru pracy,
zaniedbaniami w państwie?
Może jakiś bystry kapłan wyjaśnił królowi, że choćby zbudował najwyższą wieżę, przecież
niebo jest ogromne, skąd myśl, że bóg będzie akurat tam, skąd idea, że w ogóle zechce
rozmawiać z władcą...
A może..., może to niespodziewany najazd wroga skończył z tragiczną ułudą króla?

 

Samobójstwo Saula.
Zapewne nie wszyscy dziś znają tę staro-testamentową opowieść.
Acz raczej większość kojarzy króla Dawida - pogromcę Goliata - jak sądzę?
Saul był królem przed Dawidem.
Królem - według biblijnego tekstu - tak aroganckim, że zignorował głos swojego Boga i przegrał
wojnę, nie tylko zaszkodził własnemu plemieniu, ale musiał zginąć w sposób haniebny, popełniając
samobójstwo.
Tę scenę widzimy u dołu, z lewej.
Z prawej, jak fala sztormowa, zmierza ku lewej wielka, wroga armia...
Niemal we wszystkich ważniejszych obrazach malarza postaci są znikome w skali obrazu,
a ich działaniom towarzyszy spojrzenie na rozległy pejzaż, czyniący ze zdarzeń, bitew wielkich,
czy budowli, sytuacje niemal incydentalne..., przynajmniej, w perspektywie Uniwersum.
Wojna ogólnie - jest bezsensem i zbrodnią, rzezią i zaprzeczeniem - spokojnego życia toczącego
się w tle.
Jest zaślepieniem - oto zaślepieni wystąpili wobec zaślepionych, jedna ze stron wygrywa,
ale za jaką cenę?
Ile dusz zatraconych, ile talentów nieodkrytych zgnije potem na polu..., chwały?
Ale przecież nie tylko w czasie wojny zdarza się nam nie chcieć lub z ignorancji przegapić
wydarzenia, które mogą całkowicie odmienić świat, na wiele lat, czasem, milleniów...


Czy muszę podawać tytuł?

Oto wiodą na śmierć jedną z najciekawszych, być może najważniejszą z person ostatnich
kilku tysięcy lat...
Dla jednych Syn Boży, dla innych prorok, lub wędrowny moralista, etyk semicki - Jezus z Nazaretu.
Znów łatwo dostrzec charakterystyczne cechy malarstwa Bruegela - rozległy pejzaż, stroje z epoki wymieszane z historycznie odzianymi postaciami biblijnymi, ludziki w większości jak..., robaczki
na łące, jak cząstki niezmiernych sił natury, ale przede wszystkim..., jakże mała jest postać Jezusa,
znacznie lepiej widzimy scenę rozpaczy Jego matki. Teoretycznie wszyscy zmierzają na miejsce kaźni,
lecz przyjrzyjmy się uważnie... Oto, większość ludzi, tak naprawdę jest wobec udręki Jezusa obojętna,
a rozpacz matki dostrzegają jedynie najbliżsi.
Jakże zaślepieni ci ludzie, nie wiedzą, że uczestniczą w zapewne najistotniejszym wydarzeniu
swojego życia, wydarzeniu, które odciśnie ślad w historii sporej części świata, i będzie go wciąż
odciskać przez wieki.

Tacy zaślepieni, głusi na wyjątkowe zjawiska, traktujący świat jak wyrośnięte co nie co..., dzieci. 


Zabawy dzieci.
Tylko i aż.
Zabawy dzieci...
Rozległa panorama miasta, ulicy, rzeka w tle i..., dobrze ponad setka maleńkich sylwetek dzieci
zajętych zabawą. Dziesiątki sytuacji i tradycji, czasem i nam znanych, czasem zupełnie
już niezrozumiałych tradycji i obyczajów... Zapis dla historyków, ale..., przecież nie tylko.
Patrząc na zatłoczone ulice współczesnych miast, ludzi wszelkiego wieku, którzy gonią za sobie
tylko wiadomymi sprawami, tak skupieni, że umyka im nieledwie wszystko, może nawet wiele
z tego co mogłoby rozwiązać ich tymczasowe sprawy, problemy, albo choć poprawić humor.
Ptak świergocze w krzaku, liszka pnie się po murku, obłoki ciekawe kształty układają na ścianach
kamienic i przeszklonych biurowców, piękne panie lub przystojni panowie tuż obok..., lecz
nie widzimy, idziemy niemal niewidomi, choć naszym oczom nic nie dolega.

Ba, iluż z nas co roku ginie z tego zamyślenia, już to spadając ze schodów, już to rozjeżdżani
na ulicach, lub po prostu od stresu, bo ciśnienie pod czerepem było za wysokie...,
bo w pędzie codziennego znoju zapomnieliśmy o zaleconych  lekach, lub w ogóle, regularnej...,
dbałości o zdrowie.
Niby dorośli, wykształceni latami, ulepieni, stworzeni jako zwierzę stadne, a jednak jak dzieci,
albo ogólnie, ludzie tańczący pod szubienicą przeznaczenia...

 

Taniec pod szubienicą.

Jak niemal zawsze u Bruegela:
- rozległy krajobraz pełen szczegółów, sugerujący szeroką perspektywę - nie tylko ujęcia,
ale i spojrzenia artysty, to też pokaz do nas skierowany - jak mało znaczą ludzkie sprawy,
a zarazem jednak, jak wiele - ale niemal wyłącznie dla nas samych, w danym miejscu i czasie,
acz przecież są rzeczy znacznie ważniejsze, ot, zazwyczaj zupełnie ich nie dostrzegamy,
zapatrzeni w siebie lub..., trawiąc czas na czcze zabawy.
- Postaci są maleńkie w skali obrazu, mają znaczenie, acz nie należy ich postrzegać dosłownie,
jako przedstawienia konkretnych ludzi, czy przypisywać artyście proste zainteresowanie zabawami
i obyczajami..., oj nie. To alegorie / metafory / symboliczny, osobisty, autorski kod artysty.

Spójrzmy jeszcze raz - najpierw w górę - ludzie tańczą pod szubienicą - żyją, cieszą się,
nikt się nie zastanawia, nie myśli ani o przemijaniu (podkreślonym czaszką zwierzęcia z prawej),
ani o ciężkim znoju codziennej pracy (dom - młyn).

Oczywiście, dziś chętnie pominęlibyśmy ewidentne symbole, zapomnieli, że śmierć czeka
wszystkich, nie tylko złoczyńców, a co potem - jeśli się wierzy, że coś potem jest - zależy
głównie od tego jak spędzimy to nasze życie..., czy na zabawie beztroskiej, czy..., zgoła inaczej. 
Oczywiście niewierzący, lub zwolennicy zreformowanych mocno kościołów, powiedzą, że to
"archaiczne", że bajka... Być może, a może i nie, kiedyś się przekonamy, wszyscy.
Lecz tak naprawdę to zupełnie nieistotne - wierzysz czytelniku, czy nie - bo tu nie o Ciebie
osobiście chodzi - ale o poznanie duszy dawno zmarłego artysty - jego doznań i przemyśleń,
subiektywnej wizji świata.
Jakże często brakuje mi takiej perspektywy w czytanych tekstach krytycznych i opracowaniach
obrazów dawnych Mistrzów... Jak brakuje czasem spojrzenia, które sięga dalej, poza nasze
prywatne przekonania.
Teraz dla odmiany - spójrzmy w dół - ponownie, na obraz pozornie mocno odbiegający
od tych prac, które opisałem powyżej - Ślepcy:


Pozornie ten obraz nie spełnia kilku ważnych - wyżej wymienionych cech typowych dla
Bruegela - Pejzaż nie jest tak rozległy, a postaci równie niewielkie..., a jednak, nie bez przyczyny
pisałem to wszystko, tak, o nieco wyżej..., chodziło o kod - zauważanie, że czytać obrazy Bruegla,
to nie to samo, co czytać fotografie czy fotorealistyczne ilustracje codzienności..., o bynajmniej.
To po prostu esencjonalny wyciąg z wielu wizji, skondensowana dawka absurdu.
Przypominają się pamiętne słowa:

"Przyjaciele, rodacy, oto staliśmy niedawno tuż nad przepaścią, ale ostatnio zrobiliśmy odważny
krok na przód..." ... (...).

Jakże wiele lat dzieli ten tekst i powyższe dzieło, jakże ogromne przepaści różnic, wszelakich,
a jednak jedno i drugie jakoś dziwnie świetnie się uzupełnia, ot, z tym może, że artysta zauważył
absurd ponadczasowej zasady, a wypowiadający te słowa..., nie.

Zresztą, są i inne obrazy, łamiące "zasadę" maleńkich postaci w skali obrazu..., wybrałem jeden:
 

Nie, to nie pokaz trzech gości
leżących pod drzewem
po trudnym dniu.
Nie.
To ilustracja pewnego, dość popularnego i znanego i nam ( teoretycznie ), powiedzenia - ludzie
w swojej większości pragnęliby, by "gołąbki same wpadały im do gąbki" - w tłumaczeniu
dla młodzieży - by żyć beztrosko, nic nie robić, leżeć i czekać aż samo się zrobi, samo upiecze
i ugotuje, a potem samo poda i do rąk wpadnie...
Warto jednak zwrócić uwagę, co wyróżnia trzy postaci na tym obrazie - otóż znów znane
z innych dzieł Bruegla uogólnienie, synteza - komunikat zadziwiająco zwięzły - "to, co maluję,
dotyczy wszystkich".
Postaci są uosobieniem typowego ówcześnie podziału społecznego - trzech stanów - oto rolnik
z cepem, bogato odziany mieszczanin z książką, oraz rycerz w czerwonym ubranku, płaszczu,
kolczej zbroi, a obok kopia i rycerska rękawica.
Rycerzy zresztą mamy dwóch..., drugi trochę dalej, w górnym rogu...
Przynajmniej łatwiej zrozumieć alegorię obrazu - w tle świnia co sama się kroi, ptak, który sam
się kładzie na talerz, otwarte tkwiącym w nim sztućcem jajko, samo kroczy...
Najważniejsze są jednak uogólnione postaci - oto wyobrażenie nam wszystkim bliskie,
marzenie bynajmniej, nie tylko dziecinne, dla którego czasem tracimy cenny czas, a na pewno,
pchani nim, jak osiołki za marchewką na końcu wędki, kroczymy przez życie pospiesznie,
ono przemija, przemyka niemal sprintem, niezauważone, nieopanowane, niby proste,
ale tylko z tej naszej codziennej, minimalistycznej perspektywy empirycznej..., ślepców.


Ślepcy! Tak wiele nam umyka, gdy tuż obok toczy się wciąż i wciąż ciągła rywalizacja dobra
i zła, lub..., jak kto woli - życia i śmierci, przyjemności jednych kontra / kosztem nierzadko
trudu i znoju, zmartwień i problemów - dla innych:




 Koniec.








Brak komentarzy:

Prześlij komentarz