niedziela, 27 kwietnia 2014

Eseje / Cz. 2 - O wolności...




Wolność..., czym jest? 
Brakiem ograniczeń, zasad, reguł, odpowiedzialności za słowa i czyny? 
Czy też wolną od moralnych zakazów miłością, grą relacji między ludźmi, w której można 
wszystko, zawsze i wszędzie?
Czy wolność jest ideą tylko, zatem poniekąd utopią, a może przyrodzonym prawem każdej istoty?
Czy lew nie odbiera wolności antylopie, gdy gasi jej życie by wykarmić siebie, lub własne młode?
Czy człowiek krzywdzący drugiego, choćby pomówieniem, lub wredną plotką, powinien być wolny 
tak samo, jak człowiek dobry, sprawiedliwy i bezinteresownie pomocny innym?
Pytania, pytania, pytania, setki i tysiące...
Lecz wolność kojarzy się też z marzeniami niedostępnymi nam, niezależnie od czasu, miejsca, 
ustroju, zakresu obyczajowego Tabu, czy - prawem zwanej - umowy społecznej.
Wszyscy, lub większość z nas marzy o życiu bez bólu, cierpienia, choroby, trosk codzienności, 
przemijania, starzenia się, widma nieuchronnej śmierci.
Słowem - pragniemy wiecznie trwającej idylli, ale nie idylli w sensie daleko-wschodniej nirwany, 
czy błogosławionego, rajskiego spokoju i ciszy, nie, my chcielibyśmy jedynie wydłużenia bytu 
ziemskiego, z jednoczesnym zerwaniem kajdanów sumienia i zasad społecznych. 
Chcielibyśmy utopii wypełnionej radością, gołąbkami latającymi już w stanie gotowym 
do spożycia, miejsca, gdzie zawsze jest dość czasu by oddawać się swoim hobby, 
zawsze znajdują się ludzie lub awatary chętne do uciech wszelakich, słowem, marzą 
nam się uwspółcześniane ( z pokolenia na na pokolenie ) starożytne / mityczne bachanalia...
To utopijna, acz jednocześnie pociągająca wizja raju wyzwolonego od wszystkiego, 
nawet głębiej pojętego dobra, sprawiedliwości. Nie w nagrodę, lecz bo tak byśmy chcieli...
Bahanalia, a może raczej..., Mit Arkadii, wyspy miłości, zmiennej jedynie z nazwy.
Choć, gdy przyjrzeć się uważnie czasom współczesnym, coraz częściej hedonizm wyobrażeń 
o magicznych wyspach przechodzi do lamusa na rzecz złudzenia, iż można zawrzeć 
część tego cudu w realnej codzienności, a wyspami marzeń stają się nasze własne domy,
lub fantazje rozwijane wraz z technologicznym postępem wirtualnych mediów. 
O przemijaniu nie myślimy już zbyt wiele, nie zaprząta to naszych głów, żyjemy tak, 
jakby ten problem po prostu nie istniał... Po czym przeżywamy stresy i smutek, 
gdy tylko przekroczymy jednostkowy próg starości. Dla niektórych tym progiem jest 
trzydziestka, dla innych pięćdziesiątka, a bywa i tak, że dopiero widmo niedołężności 
fizycznej, lub demencji umysłu..., a potem, po prostu umieramy, zaś świat szybko 
wypełnia lukę kolejnym „nieśmiertelnym” i idylla złudzeń jeszcze się pogłębia…
Z drugiej strony, gdy odrzucamy przeczucia przyszłych bytów, religii i wiary w nadrzeczywistość, 
zaczynamy żyć coraz częściej - już nie tyle w imię wieczności - ale wygodnego przeżycia tego,
co nam dane, wygodnego, ale i egoistycznego, pełnego płytkich przyjemności i trwonienia czasu
na błahostki.
Arkadia…, a potem Cytera - nakładka XVIII - wieczna, na mit, stworzona dla nielicznej 
warstwy społecznej - francuskiej szlachty - żyjącej w stanie permanentnego oderwania 
od problemów stanów "niższych". Szlachta francuska, która trawiąc czas na pierdoły 
nie podejrzewała nawet, że dla nich słodkie marzenia i dążenie do idylli wkrótce się skończą 
i to wyjątkowo mało przyjemnie - że wkrótce nadejdzie czas paniki, grabieży, gwałtów, więzień, 
parodii prawa jeszcze większej niż ta, którą sami stworzyli..., że wkrótce, zamiast 
spełnienia utopii, zabłysną im nad głowami ostrza gilotyn…

Lecz w obrazach pewnego Mistrza malarstwa, uwiecznieni po kres cywilizacji, przedstawiciele 
szlachty francuskiej żyją nadal…, nadal otoczeni zbytkami, wyrafinowaną, lecz bajkowo 
odrealnioną sztuką, spędzając czas na grze w teatr życia, gdzie flirt bywa ważniejszy 
od aktu spełnienia, a wolność od równie wymyślnego tabu.

Takie wrażenia, opadają mnie zawsze, gdy patrzę na obrazy Antoine Watteau... 
Obrazy Watteau zawsze wzbudzały we mnie odczucia daleko głębsze i ciekawość 
nieporównywalną wobec "mitycznych" erotyk Bouchera, czy nawet ślicznie malowanych, 
acz trywialnych w treści obrazów Fragonarda…
Szczególnie ciekawym według mnie, jest jeden z dwóch obrazów dotyczących mitu 
Cytery i o nim opowiem...
Opowiem o wersji z 1717 roku, znajdującej się teraz w Luwrze, w Paryżu.
Ta wersja nie jest oczywista, choćby w najprostszej kwestii - jest li to „Powrót z Cytery”, 
czy odwrotnie,"Wyjazd na Cyterę”…, ba, po setkach lat od stworzenia dzieła, mimo wielu 
interpretacji, wciąż toczą się spory wokół prawie każdego z elementów kompozycji.
Wydawałoby się, że wobec skali problemów, akurat tytuł to rzecz błaha, lecz nie w tym przypadku, 
ponieważ Watteau nie nadawał tytułów swoim pracom, nadawali je inni, później, więc tytuł w tym
przypadku jest nadrzędnym rozstrzygnięciem sensu obrazu - jakim widzimy go my - odbiorcy. 
A o to obraz: 


Ciepła, ochrowo-sepiowa podmalówka, stopniowo nakładane, delikatne pociągnięcia pędzla, 
subtelnie budowane tonacje, płynne przejścia waloru i chromatyczne - czyniące cały obraz 
niemal zatopionym w mglistym nastroju wilgotnego, nadwodnego pejzażu...
Pejzaż, którego mglistość utrudnia wskazanie odległości, określenie z czym mamy do czynienia 
po drugiej stronie wód, z wyspą, półwyspem, a woda to zatoka morska, jezioro, a może rzeka? 
Co jest za nią - po prostu ląd - realny świat codzienności - czy też może utopia prosto z mitu? 
Pierwszy plan tworzy jakby pagórek, opadający z lewej ku małej zatoczce, dalej znów wspinający 
się, tym razem wyrastając w wysoką skałę, stromą linię brzegu. Tajemniczość drugiego planu 
podsyca kilka starych, rozłożystych drzew… 
Blisko pierwszego planu widzimy niemały tłumek postaci - tak realnych, jak i mitycznych.
Wspomniałem już - są dwie wersje tytułu, albo inaczej - treści obrazu - o jakich piszą teoretycy 
i miłośnicy sztuki. 
Jest li to odjazd na Cyterę, czy Powrót - Odjazd z Cytery? 

Pierwszy plan i wiele postaci, osiem par, osiem kobiet i ośmiu panów i..., jak sądzę, jedno dziecko. 
Sądzę - ponieważ niektórzy komentatorzy - opisują tę postać, jako jednego z amorków. 
Nadto, widzimy liczne postaci mitologiczne, w tym dwóch półnagich wioślarzy na - właśnie 
przybijającej do brzegu - złotej, arkadyjskiej, a nie, przepraszam, cyteryjskiej łodzi, 
oraz dwanaście amorków.
Postaci są podzielone na dwie grupy, trzy pary ( i dziecko ), na wzgórku po prawej, oraz pięć par 
i wszystkie postaci mitologiczne po lewej, przy czym postaci ludzkie, to cztery pary wychodzące
z prawej - jakby zza pagórka - oraz jedna podchodząca do łodzi z lewej, ach tak, byłbym zapomniał, 
jest tam jeszcze jeden piesek...
Z lewej, pierwszy plan przechodzi płynnie w wysoki brzeg, a na skale widać domostwo. 
Warto poświęcić temu domostwu kilka słów, bo ewidentnie nie jest to idylliczny pałacyk, 
ani antyczna świątynia, ale zwykły, współczesny autorowi, przeciętny dom. 
Także z lewej, u dołu, pień złamanego drzewa, tradycyjny emblemat przemijania. 
Wyżej, wśród drzew, zniszczony posąg Afrodyty, antycznej bogini miłości...
Już tylko tych kilka drobiazgów - nie tykając tematu postaci - wskazuje, iż pierwszy plan - to realny 
świat. To w realnym świecie cierpimy, giniemy, musimy budować domostwa chroniące nas przed 
siłami natury, a posągi ulegają niszczącemu upływowi czasu...
Lecz przecież pejzaż to tylko jeden z elementów przedstawiania, są i trudniejsze w diagnostyce np.,
amorki. „Tutejsze” amorki polatują sobie, biegają, chodzą radosne, swobodne, najogólniej pisząc, 
wskazujące ludzkim parom właściwy kierunek. W ich nastroju nie ma niczego, co wskazywałoby
na nostalgię i smutek, który z kolei kazałby nam dopatrywać się w ich zachowaniu spychania ludzi 
ku nieuniknionemu końcowi hmmm..., idyllicznego urlopu pod gruszą?
Zatem i amorki podważają możliwość, iż mamy do czynienia z "Powrotem z Cytery". 
Cytera, jak i Arkadia, były wyspami miłości wiecznej, nieprzerwanej, czymś wymarzonym, 
z czego chyba nikt przy zdrowych zmysłach nie chciałby zrezygnować, a na pewno nie szedłby 
ku łodzi z ochotą, czy kokieteryjnym zawstydzeniem, które w przedstawieniach kilku postaci 
widać, jak na dłoni... 
Poza tym, ludzie to nie barany, gdyby amorki zaciągały ich ku szarej rzeczywistości, odciągając
od mitycznej idylli, z pewnością przynajmniej kilkoro stawiało by opór, a i cała scena powinna 
jawić się w barwach smutku i strachu… 
Jest inaczej.
Wrócę jeszcze do amorków - dokładniej jednego - tego, który odsłania przed ludźmi 
to, co jest pod czerwoną draperią, okrywająca złotą łódź - skrzydlatą / nagą kobietę 
i bożka Pana. 
Wprawdzie, niektórzy analitycy piszą, że amorek zakrywa łódź, ale przypatrzmy się uważnie 
tej scenie, gdyby rzeczywiście amorek chciał zakrywać postaci bogini i bożka Pana - powinien 
stać lub polatywać w innym miejscu, inaczej ciągnąć płótno...
Nie nie, on je odkrywa, pokazuje, zachęca do oglądania, obiecuje…
Można by polemizować z tą interpretacją tylko wówczas, gdybyśmy mieli do czynienia 
z wizją malarza o niewielkim zacięciu do realistycznego odtwarzania szczegółów, 
lecz bynajmniej, Watteau wiele uwagi i ogromną ilość szkiców poświęcił studiowaniu ruchów, 
gestów, min nawet.
Moim zdaniem Wielkim błędem byłoby sądzić, że czynił tak..., przypadkiem. 
Ale przejdźmy do przedstawień postaci ludzkich - pięć par u dołu, trzy na pagórku. 
Niektórzy sądzą, że te ostatnie są tylko alegorią, albo powtórnym przestawieniem par 
widzianych u dołu. 
Jest co najmniej kilka powodów, by się z tym nie zgodzić... 
Po pierwsze, jest coś, co wyróżnia te trzy pary na pagórku, ale o tym jeszcze za chwilę, 
a po drugie, Watteau - jak już wspomniałem - był znany z dbałości o szczegóły, 
nawet o takie "drobiazgi", jak stroje, czapki, ozdoby, laseczki, pieseczki itp., nie ma zatem
żadnego powodu, by w tym przypadku zmieniał swoje przyzwyczajenia..., a jeśli chodzi
o szczegóły ubioru i inne wymienione wyżej drobiazgi, bardzo dużo różni i poszczególne 
pary i ich obie grupy. 
Czas opisać pięć par najbliższych łodzi. 
Pierwsza para z lewej..., i od razu zaskoczenie!
Czyżby ta pani ciągnęła ku łodzi niepewnego pana...? Niebywałe! Druga para tuż przy burcie,
pan zachęca usilnie, pani natomiast stoi, paluszkami międli suknię za plecami - jakbym słyszał
jej myśli - ulec czy uciec - oto jest pytanie! W końcu trzy pary zbite w grupkę, najbliżsi łodzi 
to niemal stereotyp, pan odważny, już marzy na jawie, pani się ociąga, ale wierzy mężczyźnie 
i idzie za nim, druga para nieśpieszna, oboje o większej niż inni tuszy, jakby zażenowani odwracają 
się do pary ostatniej, zawadiackiej w pozie i geście, zapewne opowiadającej właśnie dowcipy, 
których treści nietrudno się domyślić... Owa czwarta para ( licząc od łodzi ) niejako korkuje drogę, 
tak tuszą, jak swoim rozlazłym niezdecydowaniem, pan nawet laseczkę trzyma, jakby 
nie pamiętał o jej istnieniu... 
Spośród tych pięciu par, trzy ostatnie wyróżnia coś jeszcze - są odziane mniej schludnie 
i raczej ubogo. Czyżby chodziło o ( raczej rewolucyjną ówcześnie ), myśl, że idylla jest 
dostępna i dla stanów niższych?
Teraz trzy pary na pagórku - pierwsza schodzi już ku łodzi, druga właśnie zbiera 
się do odejścia - pani pan pomaga - a oboje chętni - na co wskazują gesty - dłoń pani 
/ na dłoni pana. Trzecia para to kolejny powód, dzięki któremu uważam tą grupę 
za zasadniczą dla całego obrazu. Nawet formalnie, bo biała, atłasowa suknia kobiety, 
to silny akcent, utrzymujący w równowadze całą kompozycję. 
Lecz przejdźmy do tej pary dokładniejszego opisu...
Pan klęczy, szepcze siedzącej kobiecie miłe słówka, zachęca, a pani siedzi i nic nie wskazuje 
by obok zadowolenia z poziomu adoracji, zamierzała powstać i ruszyć za nim... 
Bynajmniej, Pani siedzi wygodnie, w rękach trzyma wachlarz, na twarzy wyraz nieodgadniony...
Czemu...? 
Spójrzmy w dół - u jej stop, po prawej - siedzi sobie dziecko. Dziecko odziane, acz z gołymi
nóżkami, co niektórym każe wierzyć, że mamy tam kolejnego amorka. 
Jednak..., jednak postać jest, co nie co odziana, a inne amorki są nagie w 100%. 
Poza tym lżejszy i swobodniejszy strój małych dzieci nie jest niczym dziwnym, ani nie był... 
To niemal odwieczny przywilej dzieci - nie musieć dostosowywać się sztywno do pruderii dorosłych. 
Ba, dawnymi czasy obie płcie w pewnym wieku odziewano w rodzaj sukienki. 
Dziecko zatem siedzi i ciągnie ( mamę? ) za skraj sukni, ciągnie ją jednak w kierunku odwrotnym,
niż pan, jakby chciało przypomnieć o swoim istnieniu, domagać się uwagi. 
Gdyby przyjąć taki sens scenki, dziecko byłoby przeciwwagą dla zabiegów pana, skazanego
tym samym na sromotną porażkę... Ale spójrzmy uważniej - zwróćmy uwagę na atrybuty 
- przedmioty. Na posągu Afrodyty - przewieszony jest kołczan i łuk, symbole miłości. 
Na drugim, mniejszym łuku i kołczanie - siedzi dziecko. 
Pozostałe amorki nie mają ze sobą łuków ani strzał. 
Kołczan i łuk na posagu, są raczej oczywistym symbolem, pozwalającym zidentyfikować 
w kamiennej kobiecie Afrodytę, i jeśli tak, to i malutki kołczan i łuk, na którym siedzi dziecko, 
powinien być traktowany, jako metafora raczej, nie zaś dosłowne odniesienie do starożytnego mitu.
W większej części obrazu dominuje idylliczny opar miłości, lub jej zapowiedzi, niewypowiedzianej 
głośno obietnicy. Opar charakterystyczny dla stanu zakochania, jak wierzyli starożytni, 
wywołanego przez strzałę Amora... 
Ale jest i inna miłość, zazwyczaj silniejsza, a zarazem bardziej wymagająca, ba, zazwyczaj 
dominująca nawet nad celnymi „strzałami Amora”. Jaka? Rodzicielska..., szczególnie matczyna.
Na wyspie wiecznej miłości nie byłoby miejsca dla dzieci, bo w wiecznej idylli 
nie ma odpowiedzialności za czyny, lecz w realnym świecie, odwrotnie. 
Realna miłość to także jej wynik, przedłużenie, dziecko. 
Gdy zsumować wątpliwości - oparte przecież wyłącznie na obrazie - po odsianiu 
rzeczy niepewnych, pozostaje właściwie tylko jedna możliwość - ten obraz przedstawia 
"Odjazd na Cyterę".
W tym obrazie alegoryczność i marzenie są głęboko przemieszane z realnością,
z prawdopodobną wizją zachowań ludzi, a przy tym dowodem wielkiego daru obserwacji 
świata ( malarza ), lecz nie obserwacji powierzchownej, wręcz odwrotnie... 
Z jednej strony widzę w obrazie myśl, że każdemu dana jest potencjalna szansa, by przeżywać 
rozkosze zakochania pozwalających snuć marzenia i nie dostrzegać trudności, nie patrzeć 
w przyszłość, brać to co jest, po prostu korzystać z okazji.
Temu właśnie służy mit wpleciony w tkankę pejzażu, carpe diem, jak powiedzielibyśmy dziś. 
Z drugiej strony, cóż to za wnikliwa obserwacja, gdyby była jednostronnie radosna...? 
W świecie realnym, nawet wówczas, gdy większość ulega chwili i korzysta z uciech, nie zawsze
i nie wszystkim jest dane radować się, przezwyciężać choć na chwilę pruderię i tabu obyczaju... 
Nie wszyscy mają to szczęście, albo już mieli, a teraz, cóż, mają obowiązki... Przyczyna i skutek.
W tym momencie przypomina mi się  obraz Tycjana pt.,  "Miłość ziemska i miłość niebiańska"...


Dwie kobiety, idylliczny ideał piękna, kobieta w białej sukni, amorek, woda 
i jej funkcja oddzielenia i odróżnienia mitu i prawdy - ukazania dwuwymiarowości 
idei miłości - i rozległy symboliczno - prozaiczny pejzaż w tle.

Spójrzmy raz jeszcze, na obraz Watteau, właściwie, na jego fragment:



Oto posąg nagiej bogini i odziana w piękną suknię postać siedząca u dołu... 
Czyż nie wiąże tych prac myśl, iż personifikacja siły natury nie potrzebuje odzienia, 
ba, odziana byłaby wizytówką hipokryzji…? 
Bogini, awatar wszystkich kobiet, ucieleśnienie męskich pragnień, ideał piękna, 
idea wyłuskująca z objęć codzienności - to, co w naszym życiu najbliższe natury. 
W obrazie Tycjana - woda w studni i fontannie - zarazem łączy i dzieli przedstawienie kobiety 
realnej i awatara miłości - ale obie postaci są przedstawione tak, jak gdyby istniały naprawdę 
- za to u Watteau nie widzimy bogini miłości, to tylko stary, pożółkły, częściowo zniszczony 
posąg…, a jednak wisi na nim kołczan pełen strzał, łuk, a i wokół resztek posągu rośnie
krzak róż, także symboli miłości - miłości w ogóle, uwzględniając fakt, iż nie ma róż bez...
Kobieta realna i u Tycjana i u Watteau jest odziana, bo nie jest w pełni wolna, podlega 
skomplikowanym i wielopoziomowym regułom politycznej i obyczajowej poprawności, 
społecznych współzależności, idei nadrzędnego porządku - jednak w sensie, jak najbardziej
przyziemnym - uregulowania codzienności pod kątem ogólnie - społecznym. 
Niestety, nawet współcześnie, w „demokracji z ludzką twarzą”, wolność jednostki ogranicza 
wolność innych, albo i / częściej znacznie, interes oraz wola nielicznych "wybranych"…
Ten obraz, obraz Watteau, jest niezwykły, bowiem niesamowicie płynnie i naturalnie łączy 
w sobie dwie największe inspiracje artystów - personifikacje sił natury, symboliczne uogólnienia 
spraw najprostszych, a zarazem prozaiczną na wskroś obserwację, a zarazem dowód na to, 
jak wielką rolę w poznaniu innych ludzi odgrywa skupienie na szczegółach ich zachowania,
reakcji, gestów, ruchów, form działania i granic wolności...
Wolność i miłość - relacje między nimi często goszczą w dziełach artystów wszelkich mediów. 
Wolna miłość, czy miłość wielowymiarowa - składająca się tylko z uciech i ta, w której uciechy 
mają konsekwencje - a konsekwencje wiążą się z obowiązkami.
Która z tych relacji pełniej oddaje sens naszych pragnień, a która jest..., bliższa prawdy?
Miłość…, jaką by nie była, daje nam - wszystkim zdolnym by ją odczuwać 
- poczucie wolności, zazwyczaj tymczasowe, czasem jednak trwające do końca życia..., 
i może to jest jedyna wolność pełna, jedyna bezsprzeczna, niepodważalna, zupełnie niezależnie, 
czy obdarzamy nią drugiego człowieka, siebie samego ( Narcyz zazwyczaj, choćby cały świat 
potępiał, siebie ocenia pozytywnie ), lub niedościgłą ideę…

Miłość wolna od ( sztucznych i pełnych hipokryzji ) zasad, pełna, wieczna lub przynajmniej 
doczesna, jest wspaniałym hasłem i ideą, ale w realnym świecie rzadko występuje w postaci 
czystej, szczerej i prawdziwej, niosącej radość mimo upływu lat…, w rzeczywistości to rzadkie 
zjawisko, co innego jednak..., w sztuce...

Koniec.





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz